dwadzieścia-dziesięć

•wrzesień 17, 2009 • 2 komentarzy

…no i mam… jakoś nie czuje się specjalnie inaczej niż 2 dni temu. Melancholii nie uległem, a przynajmniej nie bardziej niż zazwyczaj. Celebracja tej “znaczącej” daty polegała na wyjściu na pokaz “cyrku” Le Clique w ramach Absolut Fringe Festival. Ciekawe widowisko (dozwolone od lat 18 ;P ), mnie najbardziej podobala sie ta pani:

Erna Sommer (Le Clique)

Część występów pasowała raczej do wieczoru panieńskiego i została odpowiednio nagrodzona piskami żeńskiej części widowni ;) – na przykład występ faceta wskakującego w samych jeansach do wanny :P Specjalnie dla moich wiernych czytelniczek – link do filmiku z jego występu.

Świętowanie właściwie zaczęło się już w poprzedni weekend – wycieczką do Cork. W sobotę rano był surfing w Inchydonney (www.westcorksurfing.com), a wieczorem grill u Hiszpanów, którzy, choć byli w większości 11-1, starali się rozmawiać po angielsku, żebym nie czul się odrzucony :) (Francuzi uczcie się!). A potem było jeszcze bardziej imprezowo ;)

W ten weekend ciąg dalszy, tym razem w Barcelonie  – bo życie zaczyna się po dwadzieścia-dziesięć!

Who are you?

•wrzesień 6, 2009 • Dodaj komentarz

Wybrałem się dziś do kina, żeby zobaczyć film “Funny people”. Spodziewałem się lekkiej komedii (w końcu to film z Adamem Sandlerem), zamiast tego zobaczyłem coś, co ciężko zakwalifikować do jakiegokolwiek gatunku. W założeniu miało to chyba być  czymś ambitniejszym niż standardowe sandlerowskie Waterboye czy inne Zohany, ale nie bardzo wyszło. Byc może moje rozczarowanie było spowodowane tym, że nastawiłem się na lekka, łatwa i przyjemna rozrywkę, a zamiast tego dostalem przydługie dialogi i nie do końca spójny scenariusz… A jednak pojawiły się w filmie motywy, które mi się spodobały… rozważania i pytania nad którymi nie raz sam się zastanawiałem…

Może to właśnie spowodowało, że zacząłem błądzić myślami i rozwijać pojawiające się w filmie wątki po swojemu… Pojawiło się pytanie “Who are you?”… a stad już niedługa droga to rozważań nad sobą, których zazwyczaj prowadzę aż za dużo… a ostatnio jakby jeszcze więcej… Ma to pewnie związek z pewna data, która nadchodzi i choć w zasadzie nie zajmuje moich myśli tak bardzo jak by się wydawało, że powinna to jednak…

A może, już czas zastanowić się nad odpowiedzią na to jedno zajeb… ważne pytanie?

Moje myśli często błądzą, ciężko je złapać, skacze z tematu na temat, trochę jak scenarzyści “Funny people”. Jednego dnia chce rozpisywać Plan Pięcioletni, widzę światełko w tunelu i czuje przypływ energii i świadomość, że mogę jeżeli tylko spróbuje. Następnego mam ochotę tylko spać, świadomość zmarnowanego czasu i utraconych szans mnie przytłacza. A jeszcze innego zabijam czas oglądając TV i wstając z kanapy tylko po to, żeby otworzyć kolejna Corone… czyli w zasadzie moje życie nie rożni się od życia i problemów milionów innych ludzi. A powinno…

———————————

PS. Nie mam zamiaru obiecywać, że będę pisał więcej albo przepraszać, że od prawie pól roku nic nie napisałem. Bo nie :P

http://www.cineworld.ie/cinemas/75?film=2723#show

szast-prast

•kwiecień 10, 2009 • 2 komentarzy

szast-prast minął miesiąc. Z okładem. Święta za pasem, druga Wielkanoc w Irlandii. Zupełnie nie świętowana, poza lenistwem. Jakoś nie czuje kompletnie tej atmosfery, może jutro mimo wszystko będę pościł, wiec dajcie znać jak wrócicie ze święconką, ok?

szast-prast i znowu boli. Znowu dziwne spazmy w mięśniach, jak w czerwcu zeszłego roku. Nie wiem, może za ostro zacząłem po powrocie na siłownie, może źle śpię, a może wszystko razem. Na szczęście nie jest tak strasznie jak rok temu – mogę chodzić i mówić ;) . Dziś nawet bylem na basenie… sauna pomaga.

szast-prast i znowu dwa długie weekendy (maj, czerwiec) się szykują, a razem z nimi chciałoby się gdzieś pojechać. W zeszłym roku zaliczyłem Benidorm i Wrocław. W tym tylko ten drugi (w czerwcu) wydaje się pewny. Co do maja to plany były wielkie (Londyn, Budapeszt, Wiedeń, Praga), ale jak na razie nic nie wyszło. Jakoś tak mam, że nie lubię nigdzie jeździć sam a jak na razie wszyscy potencjalni towarzysze i towarzyszki się wykruszają… Najchętniej pojechałbym z jakąś wielbicielka bikini albo wingmanem wygrzać się do Hiszpanii… No ale koleżanki zajęte, a Alex zepsuty (przez swoją francuską dziewczynę :\ ).

szast-prast zmieniam się. No może nie tak łatwo, ale powoli udaje mi się pchnąć te zmiany do przodu. Wróciłem na siłownię, udało się (lekko) pchnąć uzyskanie kontroli nad finansami do przodu. W pracy walczę o awans, a w domu czytam blogi o produktywności i organizacji. Trzymajcie kciuki, może coś ze mnie będzie.

Przez te plecy mam wolne i rytm dobowy mi się przestawił. Chodzę spać po 1 w nocy i wstaje kolo 10 ale dziś spróbuję inaczej. SouthPark i do łózka. Tak szast-prast ;)

Curie-Skłodowska też!

•marzec 8, 2009 • 1 komentarz

Taki dzień… mężczyźni latają z goździkami czy innymi tulipanami lawirując miedzy feministycznymi manifami.  Taki dzień, że trzeba kobietom składać życzenia bo… trzeba. Nikogo nie obchodzi, że starasz się szanować kobiety przez cały rok – to jest ten dzień kiedy szacunek się należy i każdy powinien swoja szacunkowa normę wyrobić. Dziś masz wstać z fotela i zrobić obiad, pozmywać ew. zagonić do pomocy syna(ów). Jutro w poczuciu spełnionego obowiązku możesz na ten fotel wrócić i nie ruszać się z niego przez następne 364 dni.

No to zamieszajmy w tym socjalistycznym garnku:

Bo ja jestem punk i lubię walczyć z wszystkimi schematami:

Around The Bend

•marzec 6, 2009 • 1 komentarz

Godzina – gdzieś tak będzie, ilość herbat Earl Grey mocno słodkich – 1, ilość kubków herbaty z melisy (która nie wiedzieć czemu w moim przypadku usuwa zmęczenie) – 1, ilość kubków cappuccino + chocomilk z firmowego ekspresu – 1, ilość kalorii – cholera wie (jeden bajgiel z serem, szynką i papryczką, jedna pomarańcza), ilość planów czynionych względem nadchodzącego weekendu – miliony.

Czas znowu złapał brzydką tendencje do kurczenia się i powtarzania dni. Dopiero co był piątek i już jest następny. W poprzedni weekend niewiele zrobiłem poświęcając go niemal całkowicie na błogie lenistwo i oglądanie rozszerzonej wersji Władcy Pierścieni na DVD.  Konkretnie 2 pierwszych bo na Powrót Króla zabrakło czasu.

Ten weekend (w planach) jawi się zgoła odmiennie – ma być poświęcony na uporządkowywanie, planowanie i rozwiązywanie niedokończonych spraw. Plus trening tag-rugby, żeby totalnie nie znerdzieć.

Natomiast cały dzisiejszy wpis (łącznie z początkiem zaczerpniętym z obowiązkowej lektury wszystkich panien-nie-tylko-na-wydaniu) dedykowany jest mojej Sister from another mother.

Najlepszego Iskierko!

Specjalnie dla Ciebie: Around The Bend – Pearl Jam

Thumbing My Way

•luty 24, 2009 • 2 komentarzy

…jeżeli jesteś w jakiś sposób podobny/a do mnie, to pewnie nie raz zaczynałeś/łaś od nowa. Motywacja może być różna. Nowe miasto, nowa praca lub nowy związek. Nowy rok, poniedziałek, sukces albo porażka. Gdzieś w głębi Ciebie pojawia się potrzeba uporządkowania bałaganu, który wypełnił Twoje życie od ostatniego sprzątania. Wokół Ciebie wyrósł stos nieumytych naczyń, zużyłeś ostatnia czysta szklankę. Czas coś z tym zrobić. Znajdujesz w sobie siły, czasem sam z siebie, czasem potrzeba bodźca – jakiegoś filmu, książki, która poruszy odpowiednie struny.

No matter how cold the winter, there’s a springtime ahead

W głowie pojawia się mnóstwo planów, nadziei. Układasz, zapisujesz i rozrysowujesz na kartkach papieru plany, marzenia i zadania. Nagle wydaje Ci się, że wiesz czego chcesz w życiu, co więcej, wiesz jak to osiągnąć. Ta euforia potrafi trwać dość długo, w zależności od okoliczności… ale z czasem przychodzi dzień w którym odpuszczasz, pozwalasz sobie na chwile słabości… budowany porządek zaczyna się chwiać a nieumytych naczyń znów przybywa… aż do następnego razu.

I can’t see what’s next…

Czasem przychodzi refleksja – a po co to wszystko? Starasz się czy nie, życie wydaje się być tak samo poza Twoim zasięgiem, jak zwycięstwo Liverpoolu (no jak oni mogli tego nie wygrać!). Dobre i złe chwile przychodzą niezależnie od tego, w którym momencie cyklu jesteś… Zaczynasz szukać motywacji, nadziei… Brak celu nie daje Ci spokoju…

All the rusted signs we ignore throughout our lives

Patrzysz  w przeszłość, analizujesz podjęte decyzje. Rozmyślasz co by było, gdyby… wyrzucasz sobie błędy i zaniedbania. To niebezpieczny moment, w przeszłości można ugrzęznąć na długo… Tęsknota za tym co utracone, co było, paraliżuje zdolność do tworzenia przyszłości…

I turned my back… now there’s no turning back

Ta chwila kiedy znowu zaczynasz planować… znowu wierzyć, że tym razem musi się udać… Bo w końcu czemu tym razem miałoby być jak zawsze?

Tytuł i podtytuły pochodzą z piosenki Pearl Jam – Thumbing My Way

Walę tynki

•luty 14, 2009 • 5 komentarzy

…dostałem ochrzan od mojej jedynej czytelniczki… Faktycznie nastąpił chyba najdłuższy zastój w historii tego bloga. Ale jako, że mamy mój najmniej ulubiony dzień roku (obok 8 marca), a na siłownię jakoś nie mogę się zebrać, to nie pozostaje mi nic innego jak zabrać głos.

Jako staruch, znający jeszcze czasy przed-wale-tynkowe w naszym pięknym kraju, pamiętam początki tego szaleństwa. I fakt, że w podstawówce sam te walentynki wysyłałem-bylem. Być może fakt, że większość z nich nie padła na zbyt podatny grunt, miał wpływ na moja obecna ocenę tej parodii. Ale w znacznym większym stopniu przyczyniła się do tego amerykanizacja i komercjalizacja tego “święta”. Pierwsze lata w Polsce zanim ruszył cały przemysł walentynkowy wymagały kreatywności. Kartki robiło się samemu i zazwyczaj na tym poprzestawało. Miski, czekoladki i cały ten kram pojawiły się później. To miało jakiś sens, jakaś “duszę”.

Nie jest łatwo postawić na swoim i wytrwać w opozycji do całej tej komercji. Niezależnie od tego czy jesteś akurat sam(a) czy masz kogoś.

Przez kilka lat bycia w związku obchodziłem antywalentynki – 13 lutego. Wiązało się to z faktem, że moja partnerka w tamtym czasie, choć podzielała moja niechęć do tej szopki to jedna z prezentu rezygnował nie zamierzała. Spróbuj przekonać prawdziwa kobietę, że ma zrezygnować z czegoś co wszystkie inne koleżanki dostają od swoich facetów ;) Powodzenia.

Samotni antywalentynkowcy są postrzegani jako biedne, godne współczucia osoby, które nie potrafiły sobie nikogo znaleźć. Pamiętam popłoch w mojej pracy rok temu kiedy kilka mniej odpornych osób szukało “na gwałt” (dosłownie i w przenośni) randki na walentynki. Nawet Ci, którzy (jak ja) maja do tego wybitnie analny stosunek są narażeni na wszechobecna kampanie serduszek, pluszaków i ogólnego bleee. Ale i na to znalazłem sposób. Całkiem przypadkiem, kilka lat temu. Bylem właśnie po rozwaleniu się z hukiem długoletniego związku. Wybrałem się wtedy do kina w ramach jakiegoś Stowarzyszenia Ambitnej Kinematografii czy innego Niebieskiego Kocyka. Trafiłem na film “Czas który pozostał”. W jednym z pierwszych ujęć pojawia się tam ostra, nieocenzurowana, erotyczna scena homoseksualna. Ten swego rodzaju szok estetyczny (mówiąc delikatnie) okazał się doskonałym lekarstwem na wszelkie ponure myśli snujące się w mojej głowie.

Oczywiście, nie zawsze trafi się na jakiś pseudoambitny francuski film. I raczej nie wymagam od nikogo (ani sam nie zamierzam) aby przeglądał Internet w poszukiwaniu gejowskiego porno*.  Ale od czego są Happy Tree Friends:

Walentynkowe całuski

Randka w ciemno

——————————–

* ale mi staty skoczą dzięki takim keywordom we wpisach :P

Smile :)

•grudzień 19, 2008 • Dodaj komentarz

Dawno nie wrzucałem nic pearljamowego. Ten błąd naprawiam jedną z ich najbardziej energetycznych piosenek – Smile z płyty NoCode. Historia utworu jest dość ciekawa – cześć slow pochodzi, jak to określił kiedy Eddie Vedder w jakimś wywiadzie “z listu od Dennisa”. Oczywiście wszyscy spekulowali, że chodzi o Denisa Rodmana, wielkiego fana i przyjaciela zespołu. Eddie wyjaśnił później jednak, że chodziło o Dennisa Flemiona z The Frogs:

There’s a band that hails from Milwaukee – they’re an important band to myself, other guys in this group, guys in Queens of the Stone Age, Kurt (Cobain), Nirvana – everybody was really touched and moved by this little band. They were called The Frogs. I’ve got all their records, all 692 I believe. And they opened for us years ago and one night, after we had finished our little tour, I opened my notebook and there was a little note from one of the Frogs and it was beautifully written and the band was playing a song in the room that day in practice and I just started singing the note. These words are written by Dennis from the Frogs – he’s here tonight. Dennis, this is for you, this song’s called “Smile”.

za nationmaster.com

Inna ciekawostką jest to, że na koncertach podczas tego utworu Jeff Ament gra na gitarze a Stone Gossard na basie.

Smile ilustrowany fragmentami koncertów z 2000 roku:

Pride & Glory

•grudzień 5, 2008 • 5 komentarzy

Dawno nie widziałem tak dobrego filmu… “Pride & Glory” polski tytuł – “W cieniu chwały”. Mocny, naprawdę dobry scenariusz. Pomimo tego, ze film trwa prawie 2 godziny to nie dłuży się, oglądałem go w napięciu do samego końca (mimo, ze to był już drugi film tego dnia – taki mini maraton ;) ). Świetne, mroczne, ale doskonale dopasowane zdjęcia.  Szczególnie podobało mi się operowanie głębią ostrości. Do tego takie perełki jak np. kilka ujęć kręconych z reki w ciemnych pomieszczeniach oświetlonych jedynie policyjnymi latarkami. Miodzio.

Edward Norton jest bardzo, bardzo dobry, ale i pozostali mu nie ustępują. Colin Farrell tylko lekko od niego odstaje ale i tak gra bardzo dobrze. Noah Emmerich i Jon Voight doskonale wypełniają tło stojąc na czele grupy świetnie zarysowanych i zagranych postaci drugoplanowych.  To siła tego filmu – postacie nie są płaskie, jednowymiarowe. Każda pokazana jest razem z tłem, które determinuje jej poczynania. To naprawdę świetna robota ze strony aktorów i reżysera.

Zdecydowanie lepszy film niż przereklamowana, a obsypana nagrodami “Infiltracja”. Zdecydowanie polecam…

Trailer:

back in black

•listopad 25, 2008 • Dodaj komentarz

or grey…

Czas śmignął. Ponad 2 miesiące bez nowego wpisu… Dlaczego? Na pewno nie dlatego, ze nie było o czym pisać, o nie! Tematów aż nadto. Wspaniale wakacje, kolejne podróże, zawirowania w pracy, nowe znajomości, nadzieje. Zmiany na każdym kroku. I tylko ja ten sam, w środku taki sam. Tu nic się nie zmieniło… i pomimo nadziei, że tym razem jednak będzie inaczej – znowu to samo.

Ale wracam… jestem tu znowu, żeby w kilku zdaniach zdiagnozować swoje paranoje, bawić się w mentalny ekshibicjonizm, spowiadać się Wam, bracia i siostry, ze bardzo zgrzeszyłem i jakoś mi tego nie żal.

A może jestem tu tylko po to, żeby zanotować, opisać swój stan ducha, swoje przeżycia. Po to by kiedyś do tego wrócić. Po to by nieliczni znajomi, których tu wpuściłem mieli jakiś obraz tego co się ze mną dzieje.

Czasem sam nie wiem czy powinienem zachowywać większy dystans do tego co pisze, czy zmienić to w pamiętnik, czy po prostu pisać o tym co mi przyjdzie do głowy… do tej pory robiłem to wszystko razem… może czas to jakoś rozdzielić…

Chaotic soul to nazwa szablonu WordPressa, do której wróciłem po jakimś czasie… i chyba dobrze pasuje…

Za oknem dublińska jesień, która tym rożni się od wiosny, że jest zimniej, a od zimy tym, że jest troszkę cieplej. Dzięki mojej firmie miałem okazję spędzić ponad tydzień w ciepłych krajach, co zaowocowało przeziębieniem po powrocie… ale jeden dzień w łóżku dobrze mi zrobił i pozwolił na chwile zastanowienia się nad sobą i tym co się ostatnio działo.

Johny Cash – Long Black Veil, bo lubię i klimatycznie pasuje.