Pozazdrościłem Pannie K. i założyłem sobie konto na last.fm Wśród widgetów po prawej stronie pojawiła się lista ostatnio słuchanych przez mnie utworów. Fajna rzecz bo, oprócz pokazania gustów muzycznych, oddaje też nastrój słuchającego. Ostatnio mam nastrój Nickowo Cave’wowy z domieszką jednego z najlepszych tekstów Eddiego Veddera.
Spotkaliśmy się w sobotę rano, zostaliśmy podzieleni na ekipy - politycznie poprawnie: w każdej musiała być kobieta, murzyn i gej a tak serio to każdy zespół firmowy miał mieć jednego, dwóch przedstawicieli w każdej ekipie z integracji. Tak wyszło, że w mojej było nas 3 z zespołu w firmie, do czego to doprowadziło napiszę za chwilę. Dostaliśmy też niezbędniki (pewnie w celu identyfikacji zwłok). Po ok. 1,5h dojechaliśmy na miejsce. Spotkaliśmy się z organizatorami, mowy wstępne etc. etc… i wreszcie to, co tygrysy lubią najbardziej czyli… start!
Każda ekipa miała do zrealizowania 7 zadań w punktach oddalonych o 1-2km. Do każdego punktu trzeba było trafić na podstawie mapki. Już w drodze do pierwszego punktu pomyliliśmy drogę i weszliśmy nie na ta górę co trzeba (wszystko przez miejscowych i ich rady). Potem trzeba było z niej zleźć, wejść na górę obok i znaleźć punkt po jej drugiej stronie. Wreszcie, po prawie dwóch godzinach morderczego marszobiegu przy palącym słońcu, dotarliśmy na miejsce.
Pierwsze nasze zadanie polegało na ewakuacji rannej z pola minowego. W pełnym rynsztunku przeciwchemicznym ratownicy nie bardzo słyszeli pikanie wykrywaczy metalu, więc zabawy było co niemiara
Po powrocie do bazy zostaliśmy wysłani na drugie zadanie, najprzyjemniejsze ze wszystkich – jazdę samochodami terenowymi w… trudnym terenie oczywiście 3 Land Rovery i Nissan Patrol do naszej dyspozycji. Przejazd przez błoto (i wyciąganie z niego 3-tonowego Patrola), pod górę i z góry. Adrenalina huczy w skroniach, a testosteron tryska uszami ;P Niestety jazda trwała stanowczo za krótko. Ale było super!
Potem kolejny punkt – trzeba odczytać numerki zawieszone na lince podczepionej na wysokim na 6-7m moście. Tylko jak się tam dostać? Szybki rekonesans i w krzakach, znajdujemy skrzynki, z których budujemy wieżę, Sławek się wspina i już znamy numerki. A ja mam na łydkach jesień średniowiecza, bo część skrzynek ukryta była w jeżynach. W ferworze walki niespecjalnie zwracałem uwagę, że coś mnie ciągnie. Na szczęście zaraz była przerwa na obiad i czas na „opatrzenie ran”.
Po obiedzie już nic nam się nie chciało, a tu trzeba dalej biegać po lesie i górach. Mieliśmy odnaleźć leśniczego, znaleźliśmy pastucha i rozwiązaliśmy zupełnie inne zadanie (odkodowanie wiadomości nadanej Morsem za pomocą flag). Potem wyścigi drezyną z napędem ręcznym, po starych torach i rozwalającym się moście. Wreszcie kolejne podejście do leśniczego i „odbijanie” przesyłki z rąk wojska. Tu trzeba się było wykazać sprytem, bo z racji różnicy w uzbrojeniu (na korzyść żołnierzy) rozwiązanie siłowe nie wchodziło w grę. Nasz fortel polegał na tym, że dziewczyny udawały, że uciekają przed zboczeńcem, a ja za nimi biegłem w płaszczu przeciwdeszczowym śpiewając sprośne piosenki i zataczając się. W tym czasie reszta chłopaków miała wykraść przesyłkę. Plan udał się częściowo, ale moja gra się wszystkim spodobała. Tylko kto powiedział, że ja udawałem Na koniec dostaliśmy jeszcze łamigłówki do rozwiązania. Jeszcze kilka fotek na pamiątkę i ledwo żywi, podrapani, poobijani i brudni zapakowaliśmy się do autobusu i pojechaliśmy do hotelu.
Wieczorkiem była kolacja w knajpie, z której na uwagę zasługują jedynie pstrągi. A i te nie były tak dobre jak mazurskie (wszamałem 2 ). Chlebek też był niezły. Po kolacji piwko i ogłoszenie wyników. Okazało się, że nasza ekipa wygrała Wszyscy byli tak padnięci, że już ok. 1 w nocy wróciliśmy do hotelu i prosto do łóżek…
W niedziele wyprawa w górki, obiad i powrót w piekarniku na kółkach.
A dla wytrwałych bonus – dzisiejsza burza nad Wrocławiem, jeszcze ciepła (i very raw).
Jutro wybywam. Impreza firmowa. W zeszłym roku było dużo strzelania (glock, kbks, paintball etc.). I bardzo smaczne jedzonko. I wszyscy (prawie) zwineli się po 2 piwkach. Grzecznie do domków :\
Tym razem atrakcje są tajemnicą. Poza kulinarnymi, a te zapowiadają się naprawdę nieźle. No i impreza jest z noclegiem w hotelu więc będzie się można porządnie “zintegrować”. Następnego dnia mamy pochodzić po górkach. Jeżeli oczywiście będziemy w stanie.
Jest niemiłosiernie gorąco. Aż strach pomyśleć co będzie w lipcu. Chyba sobie rozbije namiot gdzieś w parku, bo nie wytrzymam w tym piekarniku. Nawet kolacji nie chce mi się robić. Nie wspominając o czymś konstruktywnym jak np. nauka do SCJP.
“I’m not a good person Charlie. I have never done anything good in my life.”
…well not anymore
Spotkałem dzisiaj przemiłą starszą panią. Poprosiła mnie żebym jej pomógł przenieś torby, bo już nie dawała rady. Na dystansie 100m (+ 3 piętra) przekazała mi niesamowitą ilość informacji. Dowiedziałem się, że nie może dźwigać bo ma naciągnięte ścięgna, które bolą ją kiedy zmienia się pogoda. Że wraca z cmentarza. Że niesie piasek dla kota, bo on nie uznaje żwirku i oszukuje go mieszając go z piaskiem. Że kotek jest biedny bo cały czas siedzi w mieszkaniu. Że para, która nas mija to nowi lokatorzy i że trzaskają drzwiami. No i wreszcie, że mieszkanie na starym mieście jest ciężkie bo dookoła puby i hałasujący w nocy ludzie. Miło się jej słuchało i dalszą drogę do domu przeszedłem z wielkim uśmiechem na twarzy…
No i co miałem napisać… wróciłem załamany. Nie powinniśmy tego przegrać. A jednak. Nienawidzę tego. Nienawidzę camperów i oportunistów. Cholerni Włosi. Zabić piękno futbolu. Zagrać antyfutbol. I wygrać. Wkurza mnie to strasznie. Zawsze wierzyłem w honorową walkę. Niestety coraz częściej wygrywają oszuści i diverzy. Bo tak łatwiej. Bo cel uświęca środki. Taka porażka boli. Trudno wytłumaczyć to uczucie komuś kto nie kibicuje. Kiedyś Bill Shankly, wielka legenda Liverpoolu, powiedział:
“Niektórzy twierdzą, że piłka nożna to sprawa życia lub śmierci. Zapewniam was, że jest to coś znacznie poważniejszego.“
Koleżance z pracy tłumaczyłem to dziś na zasadzie: “Wyobraź sobie, że upatrzyłaś sobie wymarzoną bluzkę w sklepie i ktoś Ci ją zwinął z przed nosa”. Zrozumiała
Nie jestem maniakiem oglądania piłki nożnej. Właściwie jeżeli nie mam komu kibicować nie oglądam. Na ostatnich mistrzostwach na większości meczów przysypiałem. Ale kiedy grają “moje” drużyny - wtedy to coś zupełnie innego.
To będzie kolejny niezapomniany mecz. Jestem tego pewien. Najlepszy klub na świecie, najlepsi kibice… Jutro nie będę mógł mówić…
Jeden z najpiękniejszych momentów w moim kibicowskim życiu… 25 maja 2005. Liverpool przegrywa do przerwy 0:3. o:3!!! Byłem złamany… i wtedy… zawodnicy wchodzą na drugą połowę, a kibice Liverpoolu śpiewają “You’ll never walk alone”. W takiej chwili! Reszta jest historią…
Mam nadzieję, że tym razem będziemy kontrolować spotkanie…
I jeszcze droga do Aten (z tekstami Ala Pacino z “Any Given Sunday” Olivrea Stone’a):
“What the fuck do you know about love? Huh?
Do you know what it means to love? Do you?
Do you know what it means to look
into someone’s eyes, someone you love?
Just to fuckin’ look in her eyes…”
Czy ja już wspominałem, że uwielbiam internet? Wczoraj znalazłem fragment filmu z jednym z moich ulubionych kawałków - “Creep” Radiohead w tle. A dziś już obejrzałem ten film w całości. Przyjemnie się to oglądało, choć trochę dziwnie, bo dialogi po francusku, a napisy miałem po angielsku… Ciekawe spojrzenie na związki (poza)małżeńskie, poszukiwania miłości i inne takie bzdety… Akurat na gorący, leniwy majowy wieczór No cóż, czasem trzeba spojrzeć poza “i żyli długo i szczęśliwie” (btw cholernie to długie po francusku…).
Kilka ciekawych ujęć, dobra gra aktorów… Ciacho Johny Depp dla kobiet Lekko łatwo i przyjemnie. Cóż, po wizycie na siłowni poziom testosteronu mi trochę opadł i pewnie dlatego nie zasnąłem A tak na serio, można czasem obejrzeć coś lekkostrawnego…
Uwielbiam ten film. Mroczny, poetycki, pełen smutku, ale i nadziei. Dodatkowo tragiczny ze względu na śmierć Brandona Lee. Szkoda, bo tą rolą pokazał, że oprócz kopania, potrafi również świetnie grać…
Widziałem „Kruka” chyba kilkanaście razy i pewnie jeszcze nie raz do niego wrócę. Niesamowity klimat, także dzięki świetnym zdjęciom Dariusza Wolskiego. Legenda, częściowo tylko zepsuta przez kolejne części, nieporównywalnie gorsze od oryginału… Jest tylko jeden Kruk - Eric Draven, grany przez Brandona Lee…
Film Alexa Proyasa towarzyszy mi od dawna i ciągle czerpię z niego siłę do radzenia sobie z własnymi przeżyciami… Ciągle ciary mnie przechodzą gdy słyszę znane już na pamięć cytaty:
„Mother is the name for God on the lips and hearts of all children.”
Mocne, nigdy nie sądziłem, że kiedyś sam to powiem:
“He was already dead. He died one year ago the moment he touched her. They’re all dead. They just don’t know it yet.”
Czy rzeczywiście?
“If the people we love are stolen from us, the way to have them live on is to never stop loving them. Buildings burn, people die, but real love is forever.”
W końcu sam do tego doszedłem:
“Little things used to mean so much to Shelly - I used to think they were kind of trivial. Believe me, nothing is trivial.”
”still every night I burn
every night I scream your name
every night I burn
every night the dream’s the same
every night I burn
waiting for my only friend
every night I burn
waiting for the world to end…”
“I want to have control
I want a perfect body
I want a perfect soul
I want you to notice
When I’m not around
You’re so fucking special
I wish I was special”