girl in the cafe
Bardzo przyjemny film. Zaczyna się jak historia miłosna. Lawrence – całkowicie pochłonięty
pracą, introwertyczny urzędnik poznaje przypadkowo w kawiarni dziewczynę, która stoję się promieniem światła w jego monotonnym życiu. Brzmi to jak banalna historia. Ale gdyby tak było, to grałby w tym Hugh Grant. I Julia Roberts. Na szczęście film ma też drugie dno. Lawrence jest członkiem ekipy brytyjskiego rządu, która bierze udział w spotkaniu grupy G8, na którym m.in. ma być poruszona sprawa rozwiązania problemów najbiedniejszych ludzi na świecie (tzw. Millenium Development Goals). Pojawienie się na tym szczycie jego nowej przyjaciółki wywołuje sporo zamieszania, bo Gina nie ma zamiaru być politycznie poprawna i nie boi się wyrazić swojego zdania.
Film jest bardzo wyidealizowany i to zarówno, jeżeli chodzi o przedstawienie miłości jak i problemów tego świata (idealiści z Wielkiej Brytanii kontra reszta świata). Nie mniej jest wart obejrzenia. Naprawdę inspiruje i skłania do przemyśleń (wymowne strzelanie palcami na koniec, podczas napisów). Podobała mi się gra aktorów odtwarzających główne postacie, szczególnie Bill Nighy jest świetny. Jego partnerka niewiele mu ustępuje. Trudno ten film jednoznacznie sklasyfikować i bardzo dobrze. Kawałek świeżego, ciekawego kina.
Szukając w necie informacji nt. tego filmu znalazłem również stronę fanki filmu (i Billa Nighy przede wszystkim). Co ciekawe wymyśliła ona wysłanie swojej kopii DVD filmu w podróż po całym świecie. Jest nawet mapka która pokazuje dokąd już dotarła i gdzie się wybiera
.
Na głównej stronie filmu znaleźć można link do jednej z organizacji, której celem jest walka z biedą na świecie. A tu druga.
Na ścieżce dźwiękowej filmu m.in. islandzki zespół Sigur Ros z utworem Starálfur. I (po raz kolejny trafiam na jego utwór w filmie) Damien Rice z kawałkiem Cold Water. Wersja live:
Ciekawe kim jest ta pani, ładnie śpiewa. I jest piękna.
—–
Edit: już wiem – ta pani to Lisa Hannigan, i już nie śpiewa z Damienem. Frajer.

Właśnie oglądam film. Zgadzam się w zupełności z powyższą recenzją. Podkreślę jeszcze – świetna gra Billa Nighy!! A do tego Rice i Sigur Ros… A pomyśleć, że zwykły przypadek sprawił, że to oglądam…