Na wariackich papierach, albo 41 godzin w Mediolanie

Szalona wyprawa. Wyjazd (właściwie to wylot) w czwartkowe popołudnie, powrót w sobotnie. Niewiele snu, „zwiedzanie” do późnych godzin nocnych.

Pierwszego wieczora, po dotarciu do Mediolanu z lotniska, od razu zderzyliśmy się z hmmm osobliwościami tego miasta. Wielki, monumentalny można powiedzieć, Dworzec Centralny, ciągle w remoncie, pełen naciągaczy, kieszonkowców i wszelkiego rodzaju mętów. Kompletny chaos informacyjny. Połowa automatów do kupowania biletów komunikacji miejskich nie działa. Te, które działają, są kompletnie nieczytelne a instrukcje oczywiście po włosku. Za to przy każdym stoi „miły” człowiek, który za parę drobnych wyjaśni wszystko.

Wreszcie docieramy do hostelu, rozpakowujemy się w miasto! Czwartkowy wieczór, centrum jakoś wyludnione, otwarte jedynie niektóre restauracje i nocne kluby o wdzięcznych nazwach „Pussy Cat” i „Venus”. Katedra robi wrażenie, podobnie jak cały Piazza Duomo i okoliczne budynki. Wszędzie pełno sklepów z drogimi i super drogimi rzeczami, głównie ciuchami, butami etc. W końcu „stolica mody”. Szukamy czynnej restauracji, w końcu znajdujemy pizzerię z przystępnymi cenami. Wreszcie będzie można spróbować prawdziwej włoskiej pizzy. Taaak. Najgorszej chyba jaką w życiu jadłem. Jak ktoś trafi do Mediolanu zdecydowanie odradzam pizzerię „Castello” przy Via Dante.

Ruszamy dalej. Mijamy zamek Sforzów i idziemy mniej więcej w kierunku wskazanym przez miejscowych – gdzieś tam miał być jakiś nocny sklep. Zamiast niego znajdujemy teatr Piccolo i jakąś imprezę. Hmmm co tu się dzieje? Mieszamy się z tłumkiem nazbyt dopieszczonych facetów, kobiet prawie nie widać… rzut oka na plakat – Festiwal Filmów Lesbijsko-Gejowskich ;P Ale przynajmniej dają piwko za darmo, wiec siedzimy sobie popijamy i staramy się nie wyglądać za bardzo hetero ;) ale nie na tyle, żeby wzbudzić zainteresowanie ;) W każdym razie w Milanie o wiele łatwiej o geja niż lesbijkę, przynajmniej sądząc po tej imprezie, która zresztą już się kończy. Wracamy wąskimi uliczkami i wreszcie znajdujemy namiastkę czegoś, co dla mnie przynajmniej miało być kwintesencją Włoch – małe kafejki i nocne, gwarne życie przy winie… W hostelu meldujemy się grubo po 2 w nocy. Odsypianie podróży i pierwszego wieczoru nie trwa długo – o 9 siedzimy już na Piazza Duomo, przed katedrą. Przynajmniej trójka z naszej 12stki. Ewa, Marta i ja. Reszta jeszcze spała jak wychodziliśmy… Może to i dobrze, bo zwiedzanie z nimi przypomina trochę film „Jeśli dziś wtorek to jesteśmy w Belgii”. Na pełnym gazie pomiędzy kolejnymi punktami do zaliczenia. A my spokojnie idziemy do kafejki koło „gejowskiego” teatru, wypatrzonej dzień wcześniej. Na włoskie cappucino. Pyszne ;) Z dodatkowym urokiem w postaci rozmowy z Włochem, który nie zna angielskiego. On po włosku, ja po angielsku, żaden nie ma pojęcia, czego chce drugi. Ale zabawy co niemiara. Potem zwiedzamy park położony dokoła zamku Sforzów. Powrót do katedry, wsiadamy w znany z Dublina autobus „Hop on, hop off”. Objeżdża wszystkie ważniejsze atrakcje, przy każdej można wysiąść i wsiąść w kolejny po obejrzeniu wszystkiego. Bilety są 24 godzinne. Okazuje się, że oprócz katedry i zamku, jest w Milanie jeszcze parę kościołów, jakieś bramy i… to wszystko. Powrót do hostelu 1,5 godzinna drzemka i powrót pod katedrę, na wieczorną sesję zdjęciową (w końcu po to targałem ze sobą statyw ;) ) A potem do naszej ulubionej kafejko-restauracji. Na lasagnie, i jakieś włoskie naleśniki z mocarellą. I winko. I powrót ostatnimi tramwajami, na gapę, bo bilety już nie ważne, a kupić nie ma gdzie. Następny ranek to właściwie tylko wstawanie, pakowanie, śniadanie i już trzeba rozpocząć podróż na lotnisko. Szalona wyprawa dobiegła końca…

~ - autor: lowlight w dniu czerwiec 11, 2007.

Odpowiedzi: 7 to “Na wariackich papierach, albo 41 godzin w Mediolanie”

  1. dla mnie bomba,
    chcialabym tam wrocic, posiedziec na placu, pogapic sie na katedre…

  2. Fajna wyprawa,zatopiona po łokcie w robocie piekielnie zazdroszczę :)
    Z tego co sobie przypominam bardzo podobnie- co do ludków stojących przy automatach biletowych- było w Berlinie. Only 2 euro- i już wiesz co i gdzie przycisnąć :)
    A pizza.. No cóż, podobno to co my mamy w większości barów i knajp w Polsce to dla Włocha obraza pizzy. Także nawet nie pyta jak wyglądała ta wasza pizza (podejrzewam ze ciasto z sosem i dodatków tyle co kot, pardon- kucharz- napłakał)
    A doczekamy sie jakiś zdjęć? :> Chociażby z megaimprezy z darmowym piwem? :D

  3. Zdjęcia postaram się wrzucić wieczorem. Nie mam nawet czasu się nimi zająć, bo po powrocie rzuciłem się w wir pracy i “zajęć pozalekcyjnych”. Ale postaram się, obiecuje ;)

  4. [...] od jakiejś atrakcyjnej dziewczyny spię – fakt, to mi się często zdarza mediolan pizza – traumatyczne przeżycie vintage recykling – the what? tak się bawi praga – jak? I która, południe czy północ? [...]

  5. A teraz z zupełnie innej beczki-jak mówią Pythony;).Gdzie nocowaliście w Mediolanie?Jaki był koszt?Będę wdzięczna za odpowiedź,bo mnie tez czeka urocze 41 godzin w “stolicy mody”.

  6. Oj zebym to ja pamietal ;) ale od czego jest GMail i historia koresopondencji ;)
    Nocowalismy w hostelu jakies 2-3 przystanki tramwajem od centrum.
    Adres: Ostello La Cordata, Via Burigozzo, 11 – 20122 Milano

    Jezeli chodzi o koszt dokladanie nie pamietam ale ok 30-40Euro za 2 noce. Pokoje ‘zbiorowe’ (ok. 10-12 os.) panie i panowie spia w osobnych ;) , lozka pietrowe. Warunki, jak na cene, calkiem niezle. Maja tam szafki na schowanie rzeczy, ale trzeba zabrac wlasna klodke ;) Polecam ta opcje bo pozostawione luzem rzeczy maja tendencje do znikania.

    W razie jakis pytan pisz :)

  7. Dzięki wielkie:).Mam nadzieję,że dam radę.A jak nie, to wiem, do kogo się zwrócić o pomoc;).

Dodaj komentarz