Nie mogę chodzić, kolana mi zaraz eksplodują, w głowie szumi – ale było warto. Koncert był niesamowity. Nie potrafię odnaleźć słów, żeby to opisać, to trzeba po prostu przeżyć. Tym razem grali więcej, dużo więcej, starszych kawałków a te z najnowszej płyty odpuścili. W końcu trasa promocyjna byłą w zeszłym roku. Publika była niesamowita, śpiewaliśmy wszystkie teksty razem z Vedderem. Był „Nothingman”, było „Black” i rzadko grane „Hail, Hail” i „Lukin”, „Rearviewmirror” na otwarcie. Był Eddie mówiący po polsku jak “pienszolatek”
. Koncert muzycznie jeszcze lepszy niż w Pradze, choć tamten, jako pierwszy zapamiętam na zawsze. Warto było stać w ścisku i tłumie przez długie godziny, żeby zdobyć miejsca pod sceną.
Organizacja koncertu – makabra. Żadnych informacji. Kompletny chaos. Nie wiadomo było, czy będzie wydzielony sektor pod samą sceną (jak na innych koncertach na Śląskim). Ludzie stali w upale i klęli na organizatorów, kiedy wejście na stadion opóźniono o prawie godzinę. A wydzielonej strefy pod sceną oczywiście nie było.
Największym idiotyzmem było jednak zrobienie Linkin Park supportem. Wszędzie było pełno „zbuntowanych” 13-14 latków, dla większości których był to pewnie pierwszy koncert w życiu. Idąc tym tropem to przed Red Hot Chilli Peppers powinni puścić Rubika, a przed Stonesami Dodę. Kiedy Pearl Jam kończył koncert większość fanów Linikin już dawno grzecznie spała w łóżeczkach. W końcu, kiedy PJ zaczynał większości z nich nie było jeszcze a świecie. O kwiatkach w stylu awarii oświetlenia, czy skróceniu koncertu PJ (kto zmusza taki zespół to zejścia, kiedy chcą grać!) nawet nie wspomnę.

Organizatorzy mają szczęście, że Pearl Jam zagrał niesamowity koncert, bo tylko to
uratowało ich przed zlinczowaniem. Pamiętam jak stałem w ścisku pod sceną, czekając na pojawienie się chłopaków z PJ i wydawało mi się, że nie dam rady. Kręgosłup zmęczony
ponad ośmiogodzinnym staniem, kolana bolą jak cholera, a kiedy podnosiłem nogę, żeby trochę zmienić pozycję, na pozostawionym kawałku przestrzeni natychmiast pojawiały się czyjeś stopy. Ale kiedy pojawiły się pierwsze dźwięki to wszystko przestało się liczyć. Chłonąłem muzykę, przeżywałem koncert i dopiero w samochodzie w drodze powrotnej ponownie poczułem potworne zmęczenie.
Teraz czekam na bootlega i… hmm Praga już była, koncert w Polsce również – to może teraz Seattle? Be careful what you wish…
Po przeczytaniu mam jeszcze większy żal do siebie, że nie udało mi się zorganizować czasu i kasy tak, aby pojawić się na tym koncercie… cholera by to ;]! Co do organizacji nie ma się co dziwić bo dla mnie było prawie wiadomym, że pojawią się znaczne opóźnienia i dezorganizacja. Nie chcąc narzekać, jednak z żalem po raz kolejny podsumowuję – to jest Polska. Pozdrawiam
Takie koncerty zawsze pozostawiają w głowie prócz szumu wspaniałe wspomnienia
) szczególnie momenty gdy widownia jednocześnie śpiewa jakiś fragment utworu. Koncert niewątpliwie ciekawy a co do LP to dla mnie skończyło się przy hybrid theory
[...] poradził, nie raz już widziałem popisy naszych organizatorów – np. godziny stania przed koncertem PJ w Chorzowie. Ale tym razem była z nami koleżanka, która jest w 7 m-cu ciąży. Oczywiście zero taryfy [...]