Dziś w ramach czwartkowego (no prawie, bo już po północy, ale byłem dziś na filmie “Irina Palm” w ramach festiwalu ENH i dopiero wróciłem). Tym razem kawałek z koncertu w Polsce, a dokładniej w Katowicach. Koncert odbył się 16 czerwca 2000 roku. Dzień wcześniej również zagrali w Spodku. Ten drugi koncert jest uznawany, także przez członków zespołu, za jeden z najlepszych i najbardziej godnych zapamiętania w historii PJ. Co zresztą potwierdził Eddie Vedder, wspominając jego niesamowitą atmosferę, podczas niedawnego występu Pearl Jam w Chorzowie. A ja tam nie byłem niestety akurat tego dnia miałem egzaminy wstępne na studia…
“This is a little song about friendship… This is about being friend with an asshole…”
Szybki wypad nad jezioro (konkretnie do Wagabundy w Kobylej Górze). Pogoda nam dopisała, choć cały tydzień nie nastrajał zbyt optymistycznie. W domkach dookoła mnóstwo fanów discołomotu co dobitnie okazywali, rozkręcając dźwięk w swoich samochodowych odtwarzaczach na maksa. Ale grill, piwko i relaks z dala od kompów i telewizji to było to czego potrzebowałem i nawet te drobne niedogodności mi nie przeszkadzały. Pograłem w siatę, popróbowałem zapasów na ławce i innych tego typu wygłupów.
Wieczorem znajomi, którzy bywali tam wcześniej, zaciągnęli mnie do M.R. Epoka. Niestety liczba wypitych na słoneczku piw okazała się zbyt mała, żeby przełknąć stroboskopowo-ultrafioletowy klimat tego przybytku i jego bywalców. Po godzinie z mega bólem głowy, wywołanym tym co podobno jest muzyką, wróciłem do domku.
Dzień następny to chillout na plaży, kąpiel w równie płytkim co zamulonym akwenie, kilka paskudnych fast-foodów (już nie robią takich zapiekanek jak kiedyś) i wieczorkiem powrót do Wrocławia.
Pora na kolejny z nieprzebranej studni fenomenalnych kawałków Pearl Jamu. Ten utwór był powodem mojego drugiego powrotu do PJ - w szkole średniej. Klip pochodzi z Single Video Theory - filmu dokumentującego nagrywanie płyty Yield.
Piosenka ze specjalną dedykacją dla Ewy Ewuś nie dołuj się!
A miałem nie pić… Kurację antybiotykową zaczynam jutro od nowa.
Okazuje się, że Ołbin o wpół do czwartej nad ranem nie jest tak groźny jak mi się wydawało… Letnio-nocno-ranne spacery to fajna rzecz… a teraz znikam spać…
Przynajmniej kinematograficznie Obejrzałem sobie wczoraj dwa filmy – francuski i angielski. Jeden mi się spodobał, a drugi nie.
Pierwszy to “Układ idealny” (Prête-moi ta main), który wybrał głównie ze względu na Charlotte Gainsbourg . Podobała mi się jej gra w filmie “Ils se marièrent et eurent beaucoup d’enfants” – to ta pani która spotyka Johnego Deppa przy dźwiękach “Creep” Radiohead. Tamten film bardzo mi się spodobał, pomimo komediowego nastroju, skłaniał do refleksji. Niestety “Układ…”, pomimo kilku ciekawych motywów (np. babska grupa G7) bardzo rozczarowuje. Jest schematyczny i przewidywalny. Gra na najprostszych emocjach. Popsuł mi humor zamiast rozbawić, traktując bardzo sztampowo poważne problemy. Wiem, że to komedia, ale kreowania świata, w którym wszystko jest proste, a największe problemy mają trywialne rozwiązania, strasznie mnie wkurza. Może po prostu trafiłem na swój kiepski dzień… Anyway, większość filmu obejrzałem z użyciem opcji „fast forward”.
Na szczęście, ponieważ (przez antybiotyki) nie zastosowałem standardowej „terapii” na smutki (szklaneczka Jamesona) obejrzałem drugi film – „Scenes of a Sexual Nature”. Nieporównywalnie lepszy. Zarówno jeżeli chodzi o humor, postacie czy dialogi jak również podejście do przedstawionych problemów. Bardzo dobre spojrzenie na relacje międzyludzkie, zabawne i świeże. I przede wszystkim realne, bez upiększania i uciekania od problemów. Wszystko podane w krótkich, niemęczących scenkach, prawie jak w teatrze. Świetnie zagrane przez może mniej znanych (z wyjątkiem Ewana McGregora) ale za to znacznie bardziej wiarygodnych brytyjskich aktorów.
Dla zainteresowanych – trailer:
Podsumowując wczorajszy wieczór filmowy - 1:0 dla Angoli
Tak sobie pomyślałem, że jak na faceta, który absolutnie uwielbia Pearl Jam, niewiele jest na tym blogu ich kawałków… Trzeba to nadrobić
Na początek piosenka ze świetnego filmu Tima Burtona“Big Fish” (Duża Ryba). Bardzo pasuje i oddaje jego klimat. Klip pochodzi z wspaniałego koncertu akustycznego w Benaroya Hall w Seattle (zorganizowanego by zebrać fundusze dla organizacji YouthCare). To, o ile wiem, pierwsze wykonanie tego utworu. Szkoda, że obcięta jest zapowiedź Eda przed piosenką…
Ostatecznie zajęliśmy 5 miejsce, wygrywając oba swoje biegi. Poprawiliśmy czas z treningów o prawie 25sec. Naprawdę niewiele (pół sekundy) zabrakło nam do walki o podium. Każdy dał z siebie wszystko i jestem zadowolony z wyniku. Z debiutantów tylko czwarte PZU było od nas lepsze. (I nie przegraliśmy z dziewczynami z Volvo, czego się obawiałem ) Po cichu liczyłem na miejsce w pierwszej dziesiątce, więc nasz wynik i tak przeszedł moje oczekiwania.
Starym zwyczajem wikingów po zawodach rozpracowaliśmy dwie beczki piwa i popodrzucaliśmy do góry naszą bębniarkę A potem dorwaliśmy się do sceny, podłączyliśmy sobie mikrofony i urządziliśmy nieautoryzowane karaoke :D.
Impreza trwała do wczesnych godzin rannych, co sprawiło, że przespałem pół niedzieli.
Wieczorem postaram się wrzucić zdjęcia z zawodów.
———————————
Edit: Obiecane fotki
Ostatnie negocjacje z panią Ewą - główną organizatorką imprezy
Wikingowie skradają się na start
Cicho, bez najmniejszego pluśnięcia
Poszli! (wyścig z dziewczynami z UPS)
II wyścig (z Amicarem o 5-te miejsce) wygraliśmy dosłownie o włos
Ekipa w komplecie
Świętowanie (w górze nasza bębniarka - Ania)
Karaoke - rapuje wyżej podpisany ;P
Wszystkie fotki robiła Aleksandra Pekel - jeszcze raz wielkie dzięki.