Dziwny czas. Dni pełne radości przeplatają się z chwilami dołującej melancholii. Czasem nawet nie w dniach, ale w godzinach zawiera się sinusoida nastrojów. Zmieniłem się. Kiedyś potrafiłem rzucić się głową naprzód we wszystko, teraz analizuję, rozważam… zdaje sobie sprawę z tego, że moje czyny dotyczą także innych ludzi, czuje większą odpowiedzialność. Może to starość, może rozwaga i doświadczenie? Tylko czy można rozważać swoje życie patrząc na nie z boku? Próbowałem. Skończyło się bólem głowy.
Dowiedziałem się czegoś na swój temat. Usłyszałem, że jestem sfrustrowanym zgredem, bez ambicji. Kiedyś zareagowałbym obrazą, zerwał kontakt z kimś, kto to powiedział. Ale zmieniłem się. Nie analizuje wyłącznie słów, ale także ludzi, którzy je wypowiadają. Dlaczego je wypowiadają. Zastanawiam się, czy była słuszna, podobnie jak rozumiem skąd się taka krytyka wzięła. I choć była odpowiedzią na moją krytykę (choć nie tak ostrą i „dogłębną”, przynajmniej w moim mniemaniu), zdaje sobie sprawę, że jest w niej ziarno prawdy. Może dlatego jest bolesna i trudno się z nią pogodzić. Podobnie jak moja krytyka było bolesna i wypowiedziana w, jak się okazało, zbyt mocnych słowach…
Zrozumienie drugiego człowieka… Najczęstszym powodem konfliktów między ludźmi jest nieporozumienie. Ktoś coś ma na myśli, próbuje to powiedzieć, ubrać w słowa – ktoś inny zrozumie coś innego. Konflikt. Rozwiązywanie takich sytuacji też nie jest proste. Bardzo częstą reakcją na krytykę jest obrażenie się, zakończenie rozmowy. Nie ma szans na wyjaśnienia, na wyprostowanie źle zrozumiałych słów. Widziałem to nie raz. Nie raz sam się tak zachowywałem.
Ludzie różnią się, a jednocześnie są do siebie podobni w tym względzie, że krytykę odbierają jako atak. A zaatakowani (w swoim mniemaniu) zaczynają się bronić. Odpierając atak sami potrafią skrzywdzić. Eskalacja „słownej” przemocy. I po co to wszystko?
Przesadziłem, popełniłem błąd. Słowo wypowiedziane ma jednak moc, której żadne przeprosiny nie zmienią. Pozostaje. Wryte w pamięć, obrośnięte własną interpretacją, żalem i bólem, które sprawiło. Smutne to. Widziałem, przeżyłem to wiele razy…
Nic to… Było minęło, jak mówił Fish. (z Ally McBeal – informacja dla tych, co zgredami nie są ;P ). Z błędów trzeba wyciągać wnioski, z krytyki wysupłać ziarno prawdy. Nie ma się co obrażać – szkoda życia… i pójść na spacer, bo pogoda ładna i łatwiej się zastanowić nad swoim frustrującym życiem bez ambicji…
Eddie Vedder nagrał solowy materiał - stworzył muzykę do filmu “Into The Wild”, który wyreżyserował Sean Penn. Obaj panowie znają się i przyjaźnią, współpracowali już przy filmach “I am Sam” i “Dead Man Walking”.
“Hard Sun” ilustrowany fragmentami filmu:
Film powstał na podstawie książki Jona Krakauera. Opowiada (prawdziwą) historię Christophera McCandlessa. Zainspirowany dziełami Jacka Londona i Henry’ego Dawida Thoreau, zrezygnował on ze wszystkiego co miał i zdecydował się na życie “w dziczy”. Chciał sprawdzić siebie i wzbogacić swoje wnętrze.
Światowa premiera filmu dziś, polska (jak zwykle spóźniona) dopiero 30 listopada. Trailer można zobaczyć tutaj. Szukałem książki, ale nakład jest wyczerpany
Bardzo chciałbym zobaczyć ten film, bo sam marzę o takiej samotnej podróży… Jest coś fascynującego, w takim “prostym” życiu z dala od cywilizacji. Miałem okazje się o tym przekonać gdy pracowałem kiedyś w lesie przy wyrębie drzew. Mimo, że nie było tego więcej niż 6-8h dziennie to jednak, to pomimo zmęczenia fizycznego, psychicznie bardzo odpocząłem i miałem okazje zastanowić się nad sobą i swoim życiem. Teraz takie zastanowienie bardzo by mi się przydało. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się zorganizować odłożoną wyprawę na Camino.
A jeżeli ktoś ma tą książkę i chce odsprzedać - chętnie ponegocjuje.
“I red somewhere how important it is in life, not necessarily to be strong, but to feel strong. To measure yourself at least once, to find yourself at least once in most ancient of human conditions. That’s the way it is here.”
Próbowałem napisać jakiś post „wspomnieniowy” z urlopu w Chorwacji. Ale tyle się wydarzyło, że nie daje się tego zamknąć w kilku zdaniach. Często wracam myślami do tych wydarzeń i uśmiecham się do siebie. Oglądam zdjęcia, to wszystko wydaje się takie odległe, jakby wydarzyło się nie 2 tygodnie temu, tylko 2 lata. Za oknem zimno i nawet kiedy, jak dzisiaj, pojawia się słońce to nie da się tego porównać z pogodą w Dalmacji.
Zobaczyłem ciekawe miejsca, poznałem wspaniałych ludzi, przeżyłem niezapomniane chwile. Bardzo ciężko było wrócić do “normalności”. Teraz przytłoczony codziennym życiem, planami i obawami coraz częściej tęsknie za beztroskimi chwilami zabawy z przyjaciółmi, kiedy jedynym problemem było „co na obiad?” i co pijemy wieczorem.
Prawie 70 lat temu pewien, niespełna osiemnastoletni chłopak z Warszawy, także był na wakacjach w Dalmacji. Po raz kolejny (bo jeździł tam od dziecka) przeżywał fascynacje tym miejscem, młodzieńcze, wakacyjne miłości. Później często wracał wspomnieniami do spędzonych tam chwil. I napisał ten wiersz:
“Piosenka”
Znów wędrujemy ciepłym krajem, malachitową łąką morza. (Ptaki powrotne umierają wśród pomarańczy na rozdrożach.)
Na fioletowoszarych łąkach niebo rozpina płynność arkad. Pejzaż w powieki miękko wsiąka, zakrzepła sól na nagich wargach.
A wieczorami w prądach zatok noc liże morze słodką grzywą. Jak miękkie gruszki brzmieje lato wiatrem sparzone jak pokrzywą.
Przed fontannami perłowymi noc winogrona gwiazd rozdaje. Znów wędrujemy ciepłą ziemią, znów wędrujemy ciepłym krajem.
Krzysztof Kamil Baczyński 1938 r.
Dla tych, którym się podoba - tutaj można posłuchać jak ten utwór śpiewa Grzegorz Turnau.
Być może dorzucę tu później jeszcze kilka zdjęć. Jest ich tak dużo, że nie mam czasu wszystkich obrobić. Przydałby się na to osobny urlop.
Podziękowania dla wszystkich, dzięki którym to był niezapomniany wyjazd
Mam nadzieję, że przede mną jeszcze wiele takich podróży.
Zresztą, jeżeli wszystko pójdzie zgonie z planami wkrótce rozpocznę nową podróż…
Tak… 3 tygodnie temu popijałem wino na tarasie u Slavko, w Brodaricy pod Šibenikiem. Hmm To se ne vrati… przynajmniej przez jakiś czas…
Jest taki utwór, z którym się całkowicie utożsamiam. Opisuje dokładnie mnie, moje życie. To jaki jestem, to co w nim było. Wszystkie błędy, które popełniłem. To jak się czułem. Zawsze kiedy go słyszę poraża mnie jego tekst. Wspaniale było go usłyszeć (i śpiewać razem z tłumem) w Pradze i w Chorzowie. I chociaż wiąże się z (mam nadzieję) zakończonym etapem mojego życia to jednak dzisiaj, z okazji przejścia do następnej wersji, sobie go dedykuje.
Szukałem wersji z Chorzowa ale znalazłem tylko tą wersję z kiepską jakością audio. Zamiast tego teledysk z 1994 roku, ze zdjęciami z trasy po Indonezji:
… i tekst:
Once divided…nothing left to subtract…
Some words when spoken…can’t be taken back…
Walks on his own…with thoughts he can’t help thinking…
Future’s above…but in the past, he’s slow and sinking… Caught a bolt ‘a lightnin’…cursed the day he let it go…
Nothingman…
Nothingman…
Isn’t it something?
Nothingman…
She once believed…in every story he had to tell…
One day she stiffened…took the other side…
Empty stares…from each corner of a shared prison cell…
One just escapes…one’s left inside the well… And he who forgets…will be destined to remember…
Nothingman…
Nothingman…
Isn’t it something?
Nothingman…
Oh, she don’t want him…
Oh, she won’t feed him…after he’s flown away…
Oh, into the sun…ah, into the sun…
Burn…burn…
Nothingman…
Nothingman…
Isn’t it something?
Nothingman…
Nothingman…
Coulda’ been something…
Nothingman…