Holidays are coming choinka, mandarynki, prezenty i obżarstwo - to wszystko przed nami Z tej okazji przemalowałem bloga, wykorzystując świąteczny temat WordPressa.
Żeby załapać atmosferę - klasyk świąteczny:
“White Christmas” i Michael Bublé
Święteczna reklama wiem, że to komercha, ale miśki coca coli to jedno ze wspomnień z dzieciństwa
I na koniec jeden z moich ulubionych irlandzkich zespołów - The Pogues. Genialne “Fairytale of New York” słodko-gorzka ballada doskonale pasująca do tego jak będę się czuł w te święta. Śpiewają Kirsty MacColl i Shane MacGowan.
Tutaj można zobaczyć wersje z 2005 roku, gdy tragicznie zmarłą Kristy MacColl zastąpiła Katie Melua. Nie wklejam, bo żal patrzeć jak czas i niechęć do dentystów zniszczył głos Shane’a.
Jak często w życiu zadajesz sobie pytanie “co by było, gdybym…?” Jak często to co się wydarzyło dzień, tydzień a czasem nawet rok temu, nie pozwala Ci w pełni cieszyć się dniem dzisiejszym? Przeszłość ma to do siebie, że jest hm… przeszłością. Nic nie poradzisz na nią… Nie możesz jej zmienić. Nie cofniesz wypowiedzianych słów, nie zmienisz czynów, nie znikną zadane rany. A jednak wielu z nas żyję przeszłością. Nie potrafią iść naprzód…
Ja również często zachowuję się w ten sposób. Siedzę w bluzie z kapturem nasuniętym na czoło, ze szklanką Jamesona w ręku i rozważam na miliardy sposobów wszystkie swoje błędy, porażki i nieszczęścia… Tak jest łatwiej, nie trzeba myśleć o rozwiązaniu bieżących problemów, o przyszłości, o naprawdę ważnych rzeczach.
Czasem w takich sytuacjach potrzebny jest jakiś impuls, motywacja, jakieś światełko w tunelu, które wyciągnie nas z tej spirali beznadziei zanim pochłonie nas ona na dobre… Dla mnie takim światełkiem jest utwór “Present Tense”. Mądre, sięgające sedna problemu słowa i kojąca, ale nie rozleniwiająca muzyka. Ten kawałek wiele razy podnosił mnie z kolan. Dawał siłę. I dziś przydał się po raz kolejny.
Utwór pochodzi z płyty “No Code” - uznawanej za jedną z najlepszych w dorobku Pearl Jam (chodź ja osobiście wolę “Vitology”). Znalazłem wersje live (w przypadku PJ wersje live są kopalnią doznań muzycznych zdecydowanie polecam). Zapowiedź trochę długa (Eddie mówi o innej piosence - “Unemployable” i o tym jak jej słowa - “scared alive” odnoszą się takze do PT) i tłum trochę głośnawy ale warto poczekać i posłuchać.
“You can spend your time alone re-digesting past regrets…
Or you can come to terms and realize
You’re the only one who cannot forgive yourself… Makes much more sense, to live in the present tense“
Mam słabość do fantasy. Nieuleczalną chyba. Ale fantasy ciekawej, łączącej dobrą zabawę z interesującą treścią. Ostatnio produkcje filmowe i książkowe nie bardzo mnie rozpieszczały. Beznadziejne serie Pottera i Eragorn - czysto komercyjne produkty. Narnia w kinie - przerost formy nad, doskonałą w końcu w oryginale, treścią. I gdzieś w tym zalewie komerchy Stardust jawi się jak powiew świeżości. Ok, lekko mnie poniosło z tą poetyckością Mamy więc klasyczny motyw fantasy - młody chłopak staje się częścią wielkich wydarzeń, zmieniając się gdzieś po drodze w mężczyznę. Zdobywa miłość pięknej kobiety, pokonuje wrogów etc. etc. etc. Banał, można by powiedzieć, gdyby nie sposób w jaki opowiedziana jest historia. Brawurowy momentami humor (Sapkowski style, choć nie tak cięty jak w przypadku ASa), świetne kreacje aktorskie - szczególnie, pokazane z przymrużeniem oka, postacie grane przez Michelle Pfeiffer i Roberta De Niro. Naprawdę ogląda się to z przyjemnością. Efekty specjalne służą wyłącznie opowiedzeniu historii, nie rażą fajerwerkowością (mam nadzieję, że jest takie słowo ;P ).
To nie jest film dla wszystkich. “Dla wszystkich” jest Henryk Portier i smoki z Eragorna. Bierzesz marną powieść i puszczasz w ruch komercyjną machinę. Ludzi nie interesuje wtedy o czym jest film. Oni już doskonale to wiedzą - w końcu dział marketingu o to zadbał. Wystarczy tylko pokazać się w kinie, a resztę dostajesz na tacy. Fast-food fantasy.
Stardust - półtorej godziny naprawdę dobrej, relaksującej zabawy. Pod warunkiem oczywiście, że, jak ja, macie słabość do fantasy. Na zachętę trailer:
Koncert był świetny… do teraz czuje go w każdym kawałku obolałego pod-scenowymi szaleństwami ciała. Nie jestem taki stary jak mi się wydawało
Oj, się działo. Dwa świetne duety z Renatą Przemyk, chyba nawet lepsze niż te same piosenki w oryginale, gdzie w chórkach udzielała się młoda, jeszcze-nie-heyowa, Katarzyna Nosowska. Do tego Spięty z Lao Che (świetny zwłaszcza w „Chłopcy idą na wojnę”) i Broda z Habakuka – chyba najsłabszy, ale też dawał radę. Nawet Kozak zaśpiewał Fajna mieszanka starych i nowych kawałków, choć pewnie materiału starczyło by na 3 albo 4 takie koncerty.
Zadziwiające było to, że średnia wieku w tłumie oscylowała wokół 16 lat, czyli kiedy 20 lat temu Pidżama zaczynała grać, większości nie było na jeszcze świecie. Lub, jak pisał Sapkowski – „na chleb mówili bep, a na muchy tapty”. Średnia wzrostu (szczególnie wśród dziewczyn) też w granicach jeden pięć (metra). Dość wygodna sprawa, gdy próbowały crowd surfingu bo można było takie maleństwo utrzymać w górze jedną ręką. Tym bardziej dziwiłem się, gdy ich rówieśnicy nie bardzo sobie z tym radzili. Ale spoko, to przychodzi z wiekiem Sam również pofruwałem sobie, przy jednym z moich ukochanych kawałków – „Spokój i ręce”. Na szczęście uniknąłem części tłumu wypełnionej przez 16-latków i spokojnie „dosurfowałem” do sceny. Trzeba przyznać, że wielki plus należy się ochronie. Potrafili ściągać ludzi z tłumu spokojnie i bez niepotrzebnego zamieszania. Nie raz na koncertach widziałem bezmózgowców, którzy potrafili mocno poturbować bawiących się ludzi. Tym razem wszystko było szybko, profesjonalnie i bezpiecznie. Moja druga impreza w WFF i po raz kolejny pozytywne wrażenia.
Ciężko było uwierzyć, że to mój ostatni „Pasażer” na koncercie PP :(. Szkoda, że kończą. Mam nadzieję długo nie wytrzymają na wakacjach i wkrótce znowu będzie można poszaleć na ich koncercie. A na razie zostają „Strachy” – w końcu to też spora część Pidżamy.
A teraz idę po Mobilat ;P A tutaj trochę fotek z koncertu.
Zimne dziady listopady przeszły nawet nie wiedzieć kiedy… Sporo się działo i jakoś nie miałem siły, czasu ani ochoty opisywać to wszystko… Były chwile radosne i chwile jesiennej deprechy… Dowiedziałem się, że znowu mogę czuć i poczułem jak to boli… Uświadamiałem sobie (po raz kolejny) proste prawdy… Łamałem swoje zasady by później tego żałować… Chyba to znaczy, że znowu żyję…
Rocky Road To Dublin
Podjąłem decyzję. A właściwie wprowadziłem w życie dawne plany. W końcu Wrocław miał być tylko przystankiem. 7 stycznia zaczynam pracę w Dublinie. Marzenie, które tkwiło we mnie od wielu lat, wreszcie zostanie wprowadzone w życie. Ale jest coś co nie pozwala cieszyć się w pełni, jakiś smutek przysłania radość tego zrealizowanego marzenia. Wrosłem we Wrocław, nie zdając sobie z tego sprawy… Mam tutaj przyjaciół, których bardzo ciężko mi zostawić. Miałem jednego z nich zabrać ze sobą, ale się rozmyślił. A zatem jadę sam. Po raz kolejny ląduje w nowym miejscu, tylko z plecakiem. Pełen optymizmu, chociaż wiem, co mnie czeka. Nie będzie łatwo, ale dam radę. Jestem pełen determinacji by wrócić (bo zamierzam wrócić) z tarczą, nie na niej.
Odwiedziłem niedawno ponownie Dublin. Jesienią wyglądał mniej ciekawie niż latem. Było jakoś smutno. Dopiero później zrozumiałem, że przejąłem trochę sposób patrzenia kumpla, z którym tam byłem. Ja ciągle czuje się tam dobrze, nie potrzebuję monumentalnych katedr i nowoczesnego budownictwa by chcieć tam mieszkać. To miasto mnie wciąga, podobnie jak cały kraj. Na razie widziałem tylko niewielką jego cząstkę, ale mam nadzieję nadrobić to w najbliższych miesiącach. Kocham irlandzką muzykę, poznaje historię Zielonej Wyspy i wiem, że będę się tam dobrze czuł. Ten wyjazd to nie tylko szansa na zrobienie kariery czy zarobienie pieniędzy – to spełnienie marzenia.
Grudzień miesiącem pożegnań
Żegnam się z Wrocławiem, a Pidżama żegna się z fanami. Po 20 latach zespół zawiesza działalność… Jeszcze tylko dwa koncerty – jutro we Wrocku i Poznań w sobotę. I koniec…
Pidżama jest od wielu lat jednym z moich ukochanych zespołów. Zbyt mało razy miałem okazje oglądać ich na żywo… Kolejny dowód na to, że nie warto niczego odkładać na później… Pamiętam Juwenalia 2001 w Toruniu i crowd surfing przy 28(One Love) – widziałem gwiazdy…
Oczywiście na jutrzejszym koncercie nie może mnie zabraknąć…