Stardust – Gwiezdny Pył
Mam słabość do fantasy. Nieuleczalną chyba. Ale fantasy ciekawej, łączącej dobrą zabawę z interesującą treścią. Ostatnio produkcje filmowe i książkowe nie bardzo mnie rozpieszczały. Beznadziejne serie Pottera i Eragorn – czysto komercyjne produkty. Narnia w kinie – przerost formy nad, doskonałą w końcu w oryginale, treścią. I gdzieś w tym zalewie komerchy Stardust jawi się jak powiew świeżości. Ok, lekko mnie poniosło z tą poetyckością
Mamy więc klasyczny motyw fantasy – młody chłopak staje się częścią wielkich wydarzeń, zmieniając się gdzieś po drodze w mężczyznę. Zdobywa miłość pięknej kobiety, pokonuje wrogów etc. etc. etc. Banał, można by powiedzieć, gdyby nie sposób w jaki opowiedziana jest historia. Brawurowy momentami humor (Sapkowski style, choć nie tak cięty jak w przypadku ASa), świetne kreacje aktorskie – szczególnie, pokazane z przymrużeniem oka, postacie grane przez Michelle Pfeiffer i Roberta De Niro. Naprawdę ogląda się to z przyjemnością. Efekty specjalne służą wyłącznie opowiedzeniu historii, nie rażą fajerwerkowością (mam nadzieję, że jest takie słowo ;P ).
To nie jest film dla wszystkich. “Dla wszystkich” jest Henryk Portier i smoki z Eragorna. Bierzesz marną powieść i puszczasz w ruch komercyjną machinę. Ludzi nie interesuje wtedy o czym jest film. Oni już doskonale to wiedzą – w końcu dział marketingu o to zadbał. Wystarczy tylko pokazać się w kinie, a resztę dostajesz na tacy. Fast-food fantasy.
Stardust – półtorej godziny naprawdę dobrej, relaksującej zabawy. Pod warunkiem oczywiście, że, jak ja, macie słabość do fantasy. Na zachętę trailer:

De Niro jako Kapitan Groźnych Piratów
ze skłonnością do damskich łaszków i TeaTime jest rewelacyjny!!!!
Film jak film. Zachwycający, owszem. Staranny.
Poezją jest jednak tworzywo, a nie rzemieślnik, który je obrabia.
Tworzywem jest słowo, a to zostało popełnione przez Neil’a Gaimana.
Powiem więcej, on ma więcej takich perełek w swoim dorobku. Ma cały sznur pereł.
Osobiście polecam ‘Amerykańskich Bogów’