Good things happen to those who wait…

Nareszcie… po prawie 7 tygodniach poszukiwań udało mi się wreszcie znaleźć mieszkanie. Od tego weekendu mój adres to Pearse Street, Dublin. 15min spaceru do centrum i grubo ponad połowę krótsza droga do pracy. Bez korzystania z autobusu, więc mam w nosie poranne korki. Sweet. No i mam sympatyczną współlokatorkę ;)

W pracy sprawy się rozkręcają, dostałem normalne zadanie i wreszcię robię coś co ma sens. I mam okazję pobawić się najnowszymi modelami komórek ;)

Zaliczyłem kilka imprez i trzeba przyznać, że Irlandczycy naprawdę ostro balują. Podobnie zresztą jak sporo część pozostałej międzynarodowej ekipy. Poza tym zaliczyłem wypad na ściankę (zamierzam to robić regularnie) i na występ stand-up comedians. To ostatnie było bardzo ciekawym przeżyciem, pomimo tego, że sporej części żartów nie zrozumiałem. Nie tylko ze względu na lokalne niuanse, ale również z powodu akcentu i tempa mówienia występujących. Ale i tak było sporo śmiechu.

Niestety plany dotyczące wypadu do Polski na weekend musiałem odłożyć na po świętach, bo ceny biletów są po prostu chore. A szkoda, bo naprawdę mialem ochotę zobaczyć znowu wszystkich znajomych i pójść z nimi na impreze. Ale co się odwlecze…

Cieszę się, że wreszcie zaczyna się to po co tu przyjechałem. Nowe życie czas zacząć…

~ przez lowlight w dniu luty 25, 2008.

Odpowiedzi: 2 to “Good things happen to those who wait…”

  1. Trzymam kciuki żeby się dalej tak dobrze układało.
    I broń honoru rodaków w międzynarodowych popijawch ;)

  2. Staram sie jak mogę ;) w piątek piłem z Francuzami, ehh porażka… ęą i kolorewe drinki z palemką po 10 eurosów sztuka w jakimś lansiarskim klubie. Dobrze, że chociaż smaczne to było. Wynudziłem się strasznie. Zdecydowanie lepiej się bawię w towarzystwie Alexa z Hiszpanii.

Napisz odpowiedź