w Dublinie życie płynie 3x szybciej…
oj cieżki to był tydzień… piłka nożna, trening i mecz rugby i dwie imprezy. Wyliczenie wszystkiego co krzyczy w moim organiźmie zajęłoby mi chyba ze trzy screeny. Mecz niestety przegrany (11-12), choć jak na pierwszy raz było całkiem nieźle… nawet zaliczyłem ‘try’ (czyli przyłożenie).
W piątek pożegnanie Bart(k)a, Polaka (z Wrocka zresztą), który zmienia pracę. Impreza skończyła się o 2:00 (dla mnie) lub o 4:00 (dla wytrwałych). W sobote pożegnanie Michaela, Francuza, który nie tylko zmienia pracę, ale i kraj (powodzenia w Barcelonie chłopie
). Impreza multikulturowa i hardkorowa. Alex zrobił sangrie (2 wielkie michy) i chyba ze 40 mojitos. A potem szkolił mnie w katalońskich toastach i przyśpiewkach (que se quema? Madrit!
) Fajna muzyka, fajne dziewczyny (zwłaszcza jedna – Polka oczywiście ;P ). Bawiliśmy się na tyle dobrze, że zanim się obejrzeliśmy była 5 rano. A mecz był o 14:00. Ale dalismy radę dotrzeć i przeżyć.
A teraz pora dać odpocząć moim starym kościom.
Do następnego razu!

Napisz odpowiedź