dwudziestu trzech
Rewelka!
Ciary na plecach. Do boju Polsko! Biało-czerwoni!
… świetna odpowiedz na durną niemiecką reklamówkę. Znalezione przez kumpla na zczuba.pl
Rewelka!
Ciary na plecach. Do boju Polsko! Biało-czerwoni!
… świetna odpowiedz na durną niemiecką reklamówkę. Znalezione przez kumpla na zczuba.pl
Czy ja już mówiłem, że tu wszystko dzieje się szybciej? Acha. Milion razy? Bez przesady, powtarzam się ale nie aż tak
Zerwałem się dziś z pracy, bo od tygodnia leczę przeziębienie i nie mogę skubaństwa wyleczyć. A, że nie miałem dziś nic do roboty więc zamiast grzebać na stronkach z laptopami stwierdziłem, że odeśpię i podleczę się trochę. Siostra wybyła była na jakiś czas, więc wycyganiłem na te parę dni laptopa. Foty poszły w obróbkę, nadrobiłem zaległości w czytaniu innych blogów, nawet jakiś film ściągnąłem. Pięknie jest…
Wracam do wyjazdu z przed 2 tygodni (a wydaje się, że to było wieki temu)… Kilka fotek z moich (niezbyt udanych) prób surfowania:
wizyta na Moherowych Klifach
Ponieważ bilety do Polski są horendalnie drogie (np. ostatni weekend czerwca - 300€!), to na długi weekend, zamiast do Wrocławia, wybraliśmy się z Alexem do Benidorm. Lot do Alicante, tam wynajęliśmy samochód (Ford Ka - dla nas dwóch jak znalazł) i w drogę. Miasto paskudne - bloki jakieś totalnie od czapy, dookoła pustynia prawie że. Ale kiedy wreszcie odnaleźlismy swóje apaartamenty i wyszliśmy po 21 ‘na miasto’ - zakochałem się w Hiszpanii. Piątkowy wieczór zaczyna się od kolacji. Paella z owocami morza, sangria - pycha! Potem (było już grubo po 22) poszliśmi wzdłuż plaży uliczką pełną klubów. Benidorm (o czym dowiedzieliśmy się już po kupieniu biletów) to jedno z ulubionych miejsc wakacji Anglików i mocno jest nastawione na turystów. Odpuściliśmy sobie jednak wszystkie hard rock caffees, pełne ludzi po 40stce.
Wybraliśmy Penelope - lokal nazwany na cześć pewnej znanej Hiszpanki
Na wejście dostaliśmy shoty tequili za free i zniżkę na pierwszego drinka
Nadmienić należy, że w hiszpańskich klubach nie skąpią alkoholu i leją 2x (jeżeli ja zamawiam) lub 3x (jeżeli Alex zamawia po hiszpańsku) więcej. A upijać się nie ma po co, bo widoki upajają wystarczająco. Jak na razie Hiszpanki to jedyne dziewczyny jakie spotkałem, które
mogłyby się równać urodą z Polkami. I tylko wszechobecny dym papierosowy psuł zabawę. Po 4 miesiąca w wolnych od dymu klubach Irlandii to było trudne do przeżycia. Łzawiące oczy, śmierdzące ciuchy i kac gigant - bez tego mogę się doskonale obejść. Co ciekawe impreza rozkręciła się koło 1 w nocy. Zwineliśmy się po 5 rano, a i tak po drodzę spotkaliśmy 4 dziewczyny, które zapraszały nas żebyśmy poszli z nimi na
kolejną imprezę. To jest życie
Następnego dnia plaża i jeszcze więcej dobrego jedzenia, a wieczorem powtórka z nocnego szaleństwa. I tak do poniedziałku, z tym że niedzielny wieczór był lajtowy, bo jedyne osoby w klubach to turyści.
Nauczyłem się kilku nowych hiszpańskich słow: fuet (katalońska kiełbasa - pyszna), churros (slodkie, tłuste racuchopodone coś) i horchata (napój z sam nie wiem czego, ale dobry). Więcej nauki w planach, bo Hiszpanki kuszą a nie bardzo mówią po angielsku. No i do samej Hiszpanii na pewno wrócę, ale nie do Benidorm.
Po powrocie okazało się, że w Dublinie lato. Słońce, lekki wiaterek. Pięknie. Żeby jeszcze tylko kobiety nie odbiegały tak znacznie od polsko-hispzańskich standardów. No, ale nie ma co narzekać. W końcu trochę Polek tu jest.
I znowu wciągnął mnie wir zajęć. Środa wspinaczka, czwartek impreza w brazylijskim klubie w towarzystwie (nareszcie!) pięknych kobiet. Sobota domówka u Dominiki (przydał się przywieziony z Hiszpanii Havana Club). W niedziele kac gigant, a tu o 15:00 trzeba było zagrać mecz tag-rugby. Myślałem, że zjadę w tym słońcu. Tradycyjnie wszyscy na kacu, tradycyjnie zaliczyłem przyłożenie, tradycyjnie pary starczyło nam tylko na pierwszą połowę meczu i przegraliśmy. A wieczorem znowu imprezka na zakończenie sezonu. Lajtowo - do 24:00.
A teraz się kuruję bo organizm się w końcu zbuntował. A tu trzeba zbierać siły, bo w środę koniec kursu wspinaczkowego i będzie okazja do paru drinków…
A za 19 dni - najazd na Wrocław! Nareszcie! Trzeba pokazać Alexowi, że Polacy nie gęsi i swoje kobiety, imprezy i dobre jedzenie mają!
oddałem laptopa siostrze
Brak kontaktu z netem w domu zaczyna powodować u mnie dziwne zachowania… cale szczęście długi weekend przede mną. A o to sprawozdanie z poprzedniego:
…ależ to był weekend
Pojechaliśmy (15 osób) do Lahinch na zachodnim wybrzeżu Irlandii. Pierwszy wieczór tradycyjnie zaczął się w lokalnym pubie od wypicia kilku pint. Około 1 w nocy pub zamknęli wiec wróciliśmy do domków, no i oczywiście ‘party house’ był nr 24 czyli nasz
Imprezka trwała do 5 rano, były żarty, dyskusje i przede wszystkim dużo muzyki i śpiewu bo Dani i Richie zabrali gitary… wiec oni grali a my śpiewaliśmy wszystkie hiciory od Pink Floyd, Green Day, przez U2 aż do ostatniego szlagieru Irlandii - Galway Girl. Okazało się, ze Emma ma niesamowity głos - śpiewała Volcano i 9 Crimes - momentami wcale nie gorzej od Lisy. Richie i Dani też potrafią nieźle śpiewać, a cala reszta również brała czynny odział. Nawet ja dorzuciłem swoje pól-szeptane (żeby nikogo nie przestraszyć) chórki w “Green Fields of France”.
Następnego dnia pobudka skoro świt o 12 i główny punkt weekendu - surfing! W kwietniu. W Atlantyku. Takie rzeczy to tylko w Irlandii.
Pogoda była super - słoneczko, lekki wiatr. Dostaliśmy pianki, buty - i do wody. Zasady surfingu są generalnie proste - kładziesz się na desce, czekasz na fale, jak przychodzi podnosisz się i tyle. Ha, łatwo powiedzieć. Fale jak w pralce nadchodziły z każdej strony, zimna woda wlewała się za kołnierz - generalnie ubaw po pachy
2h minęły nie wiedzieć kiedy i dopiero wtedy poczułem jak mecząca była walka z falami. Po szybkim prysznicu - wypad na oglądanie Moherowych Klifów. Widoki zapierają dech w piersiach… i podejść można naprawdę bliskooo krawędzi…
Po powrocie kolacja w pubie i muzyka na żywo. Zespól był niezły - “The Threesomes” - 3 kolesi po 40, którzy zagrali kawałek ostrego rock n’ rola w klimacie Thin Lizzy - z graniem na gitarze zębami i tym podobnymi atrakcjami
Po powrocie dalszy ciąg imprezy - poznałem kilka fajnych ‘drinkin games’
Wszyscy byli naprawdę zmasakrowani.
A następnego dnia piękna irlandzka pogoda - 11′C i deszcz. A my z powrotem w pianki i do wody. 2-metrowe fale i tym podobne atrakcje. Bawilem się świetnie
Wiem, ze ten tekst ma jedna poważna wadę - brak zdjęć. Ale niestety z powodu rozłąki z laptopem chwilo nie mogę ich wrzucić… Jak tylko go kupię obiecuję foto-relację… A na razie tylko jedno (ja jestem po lewej prawej) - jego autorem jest Dani Dominguez:
Tymczasem zbieram siły na kolejny ostry weekend ![]()