Na fali…

oddałem laptopa siostrze :( Brak kontaktu z netem w domu zaczyna powodować u mnie dziwne zachowania… cale szczęście długi weekend przede mną. A o to sprawozdanie z poprzedniego:

…ależ to był weekend ;) Pojechaliśmy (15 osób) do Lahinch na zachodnim wybrzeżu Irlandii. Pierwszy wieczór tradycyjnie zaczął się w lokalnym pubie od wypicia kilku pint. Około 1 w nocy pub zamknęli wiec wróciliśmy do domków, no i oczywiście ‘party house’ był nr 24 czyli nasz ;)

Imprezka trwała do 5 rano, były żarty, dyskusje i przede wszystkim dużo muzyki i śpiewu bo Dani i Richie zabrali gitary… wiec oni grali a my śpiewaliśmy wszystkie hiciory od Pink Floyd, Green Day, przez U2 aż do ostatniego szlagieru Irlandii – Galway Girl. Okazało się, ze Emma ma niesamowity głos – śpiewała Volcano i 9 Crimes – momentami wcale nie gorzej od Lisy. Richie i Dani też potrafią nieźle śpiewać, a cala reszta również brała czynny odział. Nawet ja dorzuciłem swoje pól-szeptane (żeby nikogo nie przestraszyć) chórki w “Green Fields of France”.

Następnego dnia pobudka skoro świt o 12 i główny punkt weekendu – surfing! W kwietniu. W Atlantyku. Takie rzeczy to tylko w Irlandii.
Pogoda była super – słoneczko, lekki wiatr. Dostaliśmy pianki, buty – i do wody. Zasady surfingu są generalnie proste – kładziesz się na desce, czekasz na fale, jak przychodzi podnosisz się i tyle. Ha, łatwo powiedzieć. Fale jak w pralce nadchodziły z każdej strony, zimna woda wlewała się za kołnierz – generalnie ubaw po pachy ;) 2h minęły nie wiedzieć kiedy i dopiero wtedy poczułem jak mecząca była walka z falami. Po szybkim prysznicu – wypad na oglądanie Moherowych Klifów. Widoki zapierają dech w piersiach… i podejść można naprawdę bliskooo krawędzi…

Po powrocie kolacja w pubie i muzyka na żywo. Zespól był niezły – “The Threesomes” – 3 kolesi po 40, którzy zagrali kawałek ostrego rock n’ rola w klimacie Thin Lizzy – z graniem na gitarze zębami i tym podobnymi atrakcjami ;)

Po powrocie dalszy ciąg imprezy – poznałem kilka fajnych ‘drinkin games’ :D Wszyscy byli naprawdę zmasakrowani.

A następnego dnia piękna irlandzka pogoda – 11′C i deszcz. A my z powrotem w pianki i do wody. 2-metrowe fale i tym podobne atrakcje. Bawilem się świetnie ;)

Wiem, ze ten tekst ma jedna poważna wadę – brak zdjęć. Ale niestety z powodu rozłąki z laptopem chwilo nie mogę ich wrzucić… Jak tylko go kupię obiecuję foto-relację… A na razie tylko jedno (ja jestem po lewej prawej) – jego autorem jest Dani Dominguez:

Surfing w Lahinch (ja po prawej), fot. Dani Dominguez

Tymczasem zbieram siły na kolejny ostry weekend ;)

~ przez lowlight w dniu maj 1, 2008.

Odpowiedzi: 3 to “Na fali…”

  1. Szkoda, że nie widać twarzy na tej fotce :) )
    Ale zdjęcie super i z tego co piszesz, to weekend faktycznie należał do udanych.

    Czekam na kolejne relacje, no i nowego laptopa.

  2. no i oczywiście zamieszałem ;) Ja jestem po lewej, ale z punktu widzenia mnie na desce ;) a z punktu widzenia patrzącego jestem po prawej ;)

  3. na fali. jednoznaczne skojarzenie :D
    kto widzial ten wie :)

    taki to sobie pozyje… ;)

Napisz odpowiedź