poniedziałkowe retrospekcje

Czy ja już mówiłem, że tu wszystko dzieje się szybciej? Acha. Milion razy? Bez przesady, powtarzam się ale nie aż tak ;)

Zerwałem się dziś z pracy, bo od tygodnia leczę przeziębienie i nie mogę skubaństwa wyleczyć. A, że nie miałem dziś nic do roboty więc zamiast grzebać na stronkach z laptopami stwierdziłem, że odeśpię i podleczę się trochę. Siostra wybyła była na jakiś czas, więc wycyganiłem na te parę dni laptopa. Foty poszły w obróbkę, nadrobiłem zaległości w czytaniu innych blogów, nawet jakiś film ściągnąłem. Pięknie jest…

Lahinch, tym razem fotograficznie

Wracam do wyjazdu z przed 2 tygodni (a wydaje się, że to było wieki temu)… Kilka fotek z moich (niezbyt udanych) prób surfowania:

wizyta na Moherowych Klifach

Benidorm, 5 rano

Ponieważ bilety do Polski są horendalnie drogie (np. ostatni weekend czerwca – 300€!), to na długi weekend, zamiast do Wrocławia, wybraliśmy się z Alexem do Benidorm. Lot do Alicante, tam wynajęliśmy samochód (Ford Ka – dla nas dwóch jak znalazł) i w drogę. Miasto paskudne – bloki jakieś totalnie od czapy, dookoła pustynia prawie że. Ale kiedy wreszcie odnaleźlismy swóje apaartamenty i wyszliśmy po 21 ‘na miasto’ – zakochałem się w Hiszpanii. Piątkowy wieczór zaczyna się od kolacji. Paella z owocami morza, sangria – pycha! Potem (było już grubo po 22) poszliśmi wzdłuż plaży uliczką pełną klubów. Benidorm (o czym dowiedzieliśmy się już po kupieniu biletów) to jedno z ulubionych miejsc wakacji Anglików i mocno jest nastawione na turystów. Odpuściliśmy sobie jednak wszystkie hard rock caffees, pełne ludzi po 40stce.

Wybraliśmy Penelope – lokal nazwany na cześć pewnej znanej Hiszpanki ;) Na wejście dostaliśmy shoty tequili za free i zniżkę na pierwszego drinka ;) Nadmienić należy, że w hiszpańskich klubach nie skąpią alkoholu i leją 2x (jeżeli ja zamawiam) lub 3x (jeżeli Alex zamawia po hiszpańsku) więcej. A upijać się nie ma po co, bo widoki upajają wystarczająco. Jak na razie Hiszpanki to jedyne dziewczyny jakie spotkałem, które

mogłyby się równać urodą z Polkami. I tylko wszechobecny dym papierosowy psuł zabawę. Po 4 miesiąca w wolnych od dymu klubach Irlandii to było trudne do przeżycia. Łzawiące oczy, śmierdzące ciuchy i kac gigant – bez tego mogę się doskonale obejść. Co ciekawe impreza rozkręciła się koło 1 w nocy. Zwineliśmy się po 5 rano, a i tak po drodzę spotkaliśmy 4 dziewczyny, które zapraszały nas żebyśmy poszli z nimi na

kolejną imprezę. To jest życie ;)

Następnego dnia plaża i jeszcze więcej dobrego jedzenia, a wieczorem powtórka z nocnego szaleństwa. I tak do poniedziałku, z tym że niedzielny wieczór był lajtowy, bo jedyne osoby w klubach to turyści.

Nauczyłem się kilku nowych hiszpańskich słow: fuet (katalońska kiełbasa – pyszna), churros (slodkie, tłuste racuchopodone coś) i horchata (napój z sam nie wiem czego, ale dobry). Więcej nauki w planach, bo Hiszpanki kuszą a nie bardzo mówią po angielsku. No i do samej Hiszpanii na pewno wrócę, ale nie do Benidorm.

Dublin nie składa broni

Po powrocie okazało się, że w Dublinie lato. Słońce, lekki wiaterek. Pięknie. Żeby jeszcze tylko kobiety nie odbiegały tak znacznie od polsko-hispzańskich standardów. No, ale nie ma co narzekać. W końcu trochę Polek tu jest. ;)

I znowu wciągnął mnie wir zajęć. Środa wspinaczka, czwartek impreza w brazylijskim klubie w towarzystwie (nareszcie!) pięknych kobiet. Sobota domówka u Dominiki (przydał się przywieziony z Hiszpanii Havana Club). W niedziele kac gigant, a tu o 15:00 trzeba było zagrać mecz tag-rugby. Myślałem, że zjadę w tym słońcu. Tradycyjnie wszyscy na kacu, tradycyjnie zaliczyłem przyłożenie, tradycyjnie pary starczyło nam tylko na pierwszą połowę meczu i przegraliśmy. A wieczorem znowu imprezka na zakończenie sezonu. Lajtowo – do 24:00.

Uff!

A teraz się kuruję bo organizm się w końcu zbuntował. A tu trzeba zbierać siły, bo w środę koniec kursu wspinaczkowego i będzie okazja do paru drinków…

A za 19 dni – najazd na Wrocław! Nareszcie! Trzeba pokazać Alexowi, że Polacy nie gęsi i swoje kobiety, imprezy i dobre jedzenie mają!

~ przez lowlight w dniu maj 12, 2008.

Odpowiedzi: 13 to “poniedziałkowe retrospekcje”

  1. Ola!!!
    a kiedy w zawitasz w moje okolice Łobuzie ;)

  2. Hola! (jeżeli już uczymy się hiszpańskiego) ;P

    Co ja na to poradzę, ze taniej wyskoczyć na weekend do Hiszpanii niż do Polski?

  3. no ola hola czy aloha jeden diabeł ;p;p

  4. Kurde jak na amatora na desce bez żagla to wygląd masz Wojtku full profi ;)

  5. wygląd ;) haha dobrze, że nie ma zbliżeń, bo pianka była baaardzo ciasna ;)
    Szło mi nie za bardzo w ciągu 2 sesji po 2h stałem na desce może 2-3 razy na max 3 sekundy. Ale za to oponaowałem sztukę zjeżdzania z deski głową w dół przy większych (1.5m) falach ;)

  6. zdrowia!:)

  7. dziękuję, jest coraz lepiej – zaraz ruszam na ściankę ;)

  8. Lowek, to kiedy mnie odwiedzisz? ;)

  9. Nadko, przecież odwiedzam Cię codziennie ;) czasem po kilka razy ;P

  10. Cwaniak :P Nie to nie :P

  11. /foch/

  12. hahaha ;) zawsze wiedziałem, że jesteś kobietą pełną piersią :D

    wierz mi, lepiej dla Ciebie żebym Cię nie odwiedzał, jeszcze Ci w głowie zawrócę i co? ;P

  13. Somehow i missed the point. Probably lost in translation :) Anyway … nice blog to visit.

    cheers, Refrigerator.

Napisz odpowiedź