Długie weekendy…

… w Irlandii zwane Bank Holiday. Dobrze przemyślane, bo poniedziałek jest zawsze wolny, więc nie trzeba kombinować z wolnym. Tym razem zostałem w Dublinie, ale i tak się działo…

Zaczęło się już w czwartek. Impreza pożegnalna Caroliny, Any, Lindy i Victora. Z rożnych powodów postanowili szukać szczęścia gdzie indziej. Jak zwykle wylądowaliśmy w naszym lokalnym pubie – Lepp Inn. Pojawił się tylko jeden mały problem, mianowicie tego samego wieczora był mecz tag-rugby. Większość ludzi z niego zrezygnowała, ale ja jakoś nie mogłem zgodzić się na walkowera. No wiec po 2 pintach Bulmersa pojechałem do UCD i grałem w rzęsistym deszczu. Na szczęście udało się zorganizować drużynę i wygrać mecz. Potem pozostało wrócić do domu, wziąć prysznic i dołączyć do reszty ekipy, która w międzyczasie przeniosła się do centrum. Późny powrót do domu, mało snu… następny dzień w pracy był naprawdę ciężki. I po powrocie do domu nie było czasu nawet na małą drzemkę, bo robiłem parapetowe pt. “Ile osób zmieści się do mojego malutkiego mieszkanka?”. Okazało się ze 14 na dole, i to bez użycia schodów… zatem można za jakiś czas spróbować pobić ten rekord. Po kilku mojitos, pogaduchach i wspomnieniach (zebrało się kilka dawno nie widzianych osób), kilku dowcipach sytuacyjnych (z “Gdzie jest Malaga?” na czele) towarzystwo przeniosło się do d|two. Całkiem fajne miejsce tylko pełne nie do końca trzeźwych i zupełnie czasem niepoczytalnych ludzi. Czyli Irlandczycy w piątek wieczorem. Kolejna impreza do 3 w nocy…

Kolejny dzień i pobudka skoro świt (o 13) i podróż do Bray, gdzie korzystając z pięknej pogody zjedliśmy obiad, pospacerowaliśmy po okolicy i zagraliśmy partyjkę kręgli. Na koniec po tradycyjnych 2 pintach wskoczyliśmy do samochodzików uradzając sobie 3 minuty wpadania na siebie – świetna zabawa. A że nie bardzo mieliśmy sile na kolejny wieczór tańców i picia wybraliśmy się do kina. Na co? No cóż możliwy wybór był tylko jeden – Dark Knight. Prawie 3 godziny świetnego kina akcji. Joker rzeczywiście bardzo dobry, scenariusz ciekawy, szkoda tylko ze Dale tym razem nie bardzo mógł się wykazać.

Niedziela upłynęła pod znakiem sprzątania po piątku (bo w  sobotę nie było czasu…) A wieczorem spotkaliśmy się w pubie The Church. Właściwa impreza odbywała się jednak kilka domów dalej. Na tarasie jednego z budynków brazylijscy znajomi naszych hiszpańskich przyjaciół urządzili grilla. I to grilla przez duże G. Mięso wyborne (podobno z brazylijskiej farmy pod Dublinem ;) ), koleś który je przyrządzał był naprawdę artystą. Znaliśmy niewiele z obecnych tam osób, ale wszyscy byli bardzo przyjaźnie nastawieni ;) Objedzeni i wymęczeni weekendem zwinęliśmy się ok. 2 w nocy… Poniedziałek był dniem odpoczynku i regenerowania sił. Jutro powrót do pracy…

I tak minął mi długi weekend… za niecałe dwa tygodnie wakacje… już się nie mogę doczekać…

I pora na chwilę zadumy, bo dzisiaj 4 sierpnia

~ przez lowlight w dniu sierpień 4, 2008.

Odpowiedzi: 2 to “Długie weekendy…”

  1. hedonistyczny weekend… ;-)

  2. nie przeczę, że pewne elementy hedonizmu się pojawiły… ale to nie to co na wyprawach firmowych poza Dublin :D

Napisz odpowiedź