Walę tynki
…dostałem ochrzan od mojej jedynej czytelniczki… Faktycznie nastąpił chyba najdłuższy zastój w historii tego bloga. Ale jako, że mamy mój najmniej ulubiony dzień roku (obok 8 marca), a na siłownię jakoś nie mogę się zebrać, to nie pozostaje mi nic innego jak zabrać głos.
Jako staruch, znający jeszcze czasy przed-wale-tynkowe w naszym pięknym kraju, pamiętam początki tego szaleństwa. I fakt, że w podstawówce sam te walentynki wysyłałem-bylem. Być może fakt, że większość z nich nie padła na zbyt podatny grunt, miał wpływ na moja obecna ocenę tej parodii. Ale w znacznym większym stopniu przyczyniła się do tego amerykanizacja i komercjalizacja tego “święta”. Pierwsze lata w Polsce zanim ruszył cały przemysł walentynkowy wymagały kreatywności. Kartki robiło się samemu i zazwyczaj na tym poprzestawało. Miski, czekoladki i cały ten kram pojawiły się później. To miało jakiś sens, jakaś “duszę”.
Nie jest łatwo postawić na swoim i wytrwać w opozycji do całej tej komercji. Niezależnie od tego czy jesteś akurat sam(a) czy masz kogoś.
Przez kilka lat bycia w związku obchodziłem antywalentynki – 13 lutego. Wiązało się to z faktem, że moja partnerka w tamtym czasie, choć podzielała moja niechęć do tej szopki to jedna z prezentu rezygnował nie zamierzała. Spróbuj przekonać prawdziwa kobietę, że ma zrezygnować z czegoś co wszystkie inne koleżanki dostają od swoich facetów
Powodzenia.
Samotni antywalentynkowcy są postrzegani jako biedne, godne współczucia osoby, które nie potrafiły sobie nikogo znaleźć. Pamiętam popłoch w mojej pracy rok temu kiedy kilka mniej odpornych osób szukało “na gwałt” (dosłownie i w przenośni) randki na walentynki. Nawet Ci, którzy (jak ja) maja do tego wybitnie analny stosunek są narażeni na wszechobecna kampanie serduszek, pluszaków i ogólnego bleee. Ale i na to znalazłem sposób. Całkiem przypadkiem, kilka lat temu. Bylem właśnie po rozwaleniu się z hukiem długoletniego związku. Wybrałem się wtedy do kina w ramach jakiegoś Stowarzyszenia Ambitnej Kinematografii czy innego Niebieskiego Kocyka. Trafiłem na film “Czas który pozostał”. W jednym z pierwszych ujęć pojawia się tam ostra, nieocenzurowana, erotyczna scena homoseksualna. Ten swego rodzaju szok estetyczny (mówiąc delikatnie) okazał się doskonałym lekarstwem na wszelkie ponure myśli snujące się w mojej głowie.
Oczywiście, nie zawsze trafi się na jakiś pseudoambitny francuski film. I raczej nie wymagam od nikogo (ani sam nie zamierzam) aby przeglądał Internet w poszukiwaniu gejowskiego porno*. Ale od czego są Happy Tree Friends:
Walentynkowe całuski
Randka w ciemno
——————————–
* ale mi staty skoczą dzięki takim keywordom we wpisach

Kiss Kiss
Bang Bang ;P
He shot me down, bang bang
gdzie nie wejdę, to bang bang bangladesz. wstrętna inwigilacja ;P
pozdrawiam!
Jeśli przy “jedynej” chodzi o ilość czytelniczek, a nie jakość, to zapewniam, że jest ich więcej
Co do filmu, to dobrnęłam tylko do tej śmiałej sceny…
Spodziewałam się czegoś zupełnie innego mając w pamięci film “2×5″ (5×2) tego samego reżysera. Ale żeby aż pseudoambitny? Kąśliwie.