…w sumie to już od tygodnia, ale jakoś tak nie miałem weny… nie dlatego, że nic sie nie dzialo, wrecz przeciwnie sam nie wiem od czego zaczac…
Nie napisze wiec o błyskawicznej 3-dniowej wizycie w Polsce. Wrocław powitał nas ponad 30′C upałem i od razu rzuciliśmy się w wir zakupów, dobrego jedzenia, imprez i spotkań ze znajomymi. Nie zrobiłem nawet polowy tego co bym chciał i od razu przepraszam wszystkich, których nie zdążyłem odwiedzić. Ale Alex przyznał mi racje, że Polki są najpiękniejsze na świecie (choć będzie miał jeszcze szanse rewanżu kiedy pojedziemy do Barcelony). Po powrocie tydzień dochodziłem do siebie. Na szczęście za 1.5 miesiąca wakacje i znowu spotkam znajomych…
Nie napisze też o żadnej z imprez które się odbyły, ani o wypadzie do Wool Sched na mecz Włochy-Hiszpania. Niesamowita atmosfera, jak na prawdziwym stadionie, pub pełen ludzi z Włoch i Hiszpanii, przekrzykujących się nawzajem, śpiewających i tańczących przez cały czas. I co najważniejsze bawiących się obok siebie w przyjaznej atmosferze, bez śladu agresji. A dziś finał i oczywiście kibicuje Hiszpanii - ¡A Por Ellos,Oé!España!
A co poza tym? W pracy ciekawie choć męcząco. W mieszkaniu szykują się zmiany, moja współlokatorka podpadła mi po raz ostatni, straciłem cierpliwość… Mam nadzieje, ze wszystko się dobrze skończy i wkrótce będę mógł wszystko opisać…
… mokrym. Zwiedzasz. Na przykład Glendalough (to tutaj kręcili Braveheart serio) albo Powerscourt (tu z kolei kręcono Hrabiego Monte Christo). Albo spacerujesz przez pół miasta w deszczu, żeby zobaczyć Muzeum Absolutnie Wszystkiego Wrzuconego Razem Do Jednego Worka. Na całe szczęście miałem bardzo miłe towarzystwo, więc, choć mokry, byłem bardzo zadowolony.
… głodnym. Jedziesz do Johnnie Fox’s Pub w Glenculen pod Dublinem. Mają tam zajefajne jedzenie, świetny klimat. Imprezy z muzyką i tańcem irlandzkim. Słowem idealne miejsce do pokazania komuś, kto jest pierwszy raz w Irlandii i chciałby podłapać trochę tutejszego folkloru. Prawda Daguś? Byłem tam już trzeci raz i za każdym razem wychodziłem bardzo zadowolony.
… Polakiem. Idziesz na paradę z okazji dnia św. Patryka. Zasłyszane w tłumie -”Gdyby nie Polacy toby tu nikogo nie było”. Bardzo trafna uwaga, biorąc pod uwagę fakt, że Irlandczyków tam ze świecą szukać, a polski słychać na każdym kroku, dopełniony przez języki z prawie całego świata. (zdjęcia z parady autorstwa Dagi, ja robiłem za statyw dla niej w tym momencie )
… znudzonym, zniechęconym deszczem, lub po prostu masz wolny wieczór. Oglądasz filmy, albo w kinie, albo na kompie. O “Juno” już pisałem, oprócz tego spodobały mi się “No Country For Old Men” (Coenowie w świetnej formie), “In Bruges” (czarna komedia z pomysłem) i “Feast Of Love” (mądry film o relacjach międzyludzkich). No i wreszcie obejrzałem “Into The Wild”. Film dużo lepszy niż książka. Ale nie wiem czy bez książki ktoś się nie pogubi. Ciekawy, skłaniający do rozmyślań w każdym razie. No i ta ścieżka dzwiękowa Eddiego Veddera…
… młodym. (Relatywnie młodym w moim przypadku ) Bawisz się oczywiście. Tutaj nie ma ‘nie chce mi się’. Wszyscy biorą udział w życiu towarzyskim. Czy to jest wyprawa na gokarty do Kilkenny, czy wypad na brazylijską imprezę do klubu. Fakt piją(my) ostro, ale jak na razie nikt nie przesadził za bardzo (wpadki Victora nie liczę jak na żabojada i tak nieźle dawał radę). Podoba mi się to, że nie ma problemu ze znalezieniem chętnych do wyjścia gdzieś, zrobienia czegoś po pracy.
… ciekawym. Próbujesz nowych sportów. Np. tag-rugby. Byłem na pierwszym treningu - dziwna gra. Będzie wesoło, bo reguły to zupełna nowość i są bardzo różne w stosunku do sportów, których dotychczas próbowałem.
… współlokatorem. Docierasz się. Szczególnie jak mieszkasz z francuską wersją Moniki Geller. Absolutna maniaczka czystości. Jakaś kobieta, która będzie na tyle szalona, żeby wyjśc za mnie, będzie jej pewnie wdzięczna za trening jakiemu mnie poddaje. Po 2 latach kawalerskiego życia we Wrocku, cieżko się przestawić, ale staram się. Ja ze swojej strony pracuję nad nią i pierwsze efekty już widać. Zaczyna sie robić bardziej towarzyska, już nie siedzi ciągle w swoim pokoju…
… grubym. Zapisujesz się na siłownie, żeby pozbyć się zapasów fish & chips i całej masy niezdrowego żarcia. Nie zapominając o wszechobecnych słodyczach… I co ważniejsze zaczynasz na tą siłownię chodzić. Choćby dlatego, że jest po drugiej stronie ulicy i nie wypada się wymigiwać.
Jakoś mi te dwa, trzy ostatnie tygodnie nie wiem kiedy uciekły. Wiele się dzieje… Ciągle szukam pokoju, który by odpowiadał moim wymaganiom - blisko centrum i z dobrym dojazdem do pracy. Niestety fajnych ofert jest niewiele, te które są znikają natychmiast. Znalazlem 3 ciekawe miejsca, ale niestety odpadłem w castingu. Chyba musze popracować nad pierwszym wrażeniem.
W pracy czuję się coraz pewniej, coraz bardziej rozumiem Irlandczyków… Choć ciągle potrafią zaskoczyć mnie zdaniem, z którego nie rozumiem ani słowa. Ciężko się przestawić na ich akcent… nie tylko zresztą na ich - obok mnie siedzi Chinka - tą zrozumieć, to jest dopiero sztuka!
Dostałem pierwszą wypłatę i jestem bardzo zadowolony, zwłaszcze jeżeli wziąć pod uwagę, że niewiele zrobiłem w ciągu tego miesiąca poza uczeniem się aplikacji i czytaniem dokumentacji. Ale uciekłem przed emergency tax, dzięki szybkiemu telefonowi do tax office. Muszę tylko pilnować się, żeby nie wpaść w szał zakupów
Zaliczyłem pierwszą imprezę firmową - świętowanie zeszlorocznych sukcesów. W odróżnieniu od imprez w mojej poprzedniej firmie, tu wszyscy zostali do końca (a nawet kontynuowali zabawę gdzie indziej), a Irlandczycy bawią się ostro i nie wylewają za kołnierz. Zwłaszcza jak firma stawia
Muszę sobie załatwić jakieś zajecia ruchowe bo na tutejszym wikcie ciężko nie utyć. Na szczęście w przyszłym tyg. zaczynamy grać w piłkę halową. Trochę ruchu (poza bieganiem z luasa do autobusu i na odwrót) się przyda. Na szczęście ekipa w pracy jest usportowiona, więc na brak propozycji sportowo-ruchowych nie narzekam.
Pogoda - odwieczny temat dyskusji w Irlandii - jest bardzo różna. Zeszły tydzień był całkiem ciepły i nawet nie padało (za wiele ). Ten był zimny, wietrzny, a nawet padał śnieg z deszczem :(. Biura mojej firmy znajdują się w pobliżu wzgórz otaczających Dublin i być może dlatego pogoda tam zmienia się bardzo szybko. Niektórzy żartują, że jeden dzień w Irlandii to jak tydzień gdzie indziej. Rano pada, potem słońce, potem śnieżyca, a wieczorem sucho, ale wietrznie.
Ostatnio dowiedziałem się, że koleżanka z ogólniaka, która jest w Dublinie, 2 tygodnie temu znalazła pracę w firmie, która ma siedzibę w budynku obok mojej. Small world Nasza-klasa jest może i wolna, ale prowadzi do ciekawych odkryć.
Ciągle brakuje mi znajomych z Wrocka… nie mam zupełnie czasu na zabawę i poznawanie nowych…
No i oto minął pierwszy tydzień w Dublinie. PPSN (irlandzki NIP) załatwiony, konto w banku założone. Coraz lepiej poznaje ekipę w pracy, same oryginały. Np. Alex z Hiszpanii, który dziś właśnie wybrał się surfować W styczniu. W Irlandii. Twardziel Albo Giulio, który jest Włochem i miał kiedyś polską dziewczynę i zaskakuje mnie od czasu do czasu polskimi słowami jak “cesc’”,”dziekuja” i tym podobne
W pracy ciągle jeszcze poznaję aplikację, przekopuję się przez tony dokumentacji. Ale jutro mam dostać jakies “prawdziwe” zadanie, więc będzie ciekawiej. Jedzenie w kantynie coraz lepsze, a do dojazdów nawet się przyzwyczaiłem. Czyli jest coraz piękniej. Nawet pogoda się poprawiła, a od kiedy palę w kominku non-stop jest dużo cieplej.
Ciągle szukam pokoju do wynajęcia, jutro mam coś oglądać, ale łatwo nie jest - mało ciekawych ofert, dużo chętnych.
A teraz zwijam się do kina na “I am a legend”.
——————————————————————————–
Update: Film może być. W kategorii weekendowego zabijacza czasu. Coś w stylu “28 dni później” ale dużo bardziej hollywoodzkie i słabsze. Szkoda, można było z tego zrobić coś fajnego…
No i pierwszy dzień w pracy za mną… Sporo sie działo, poznałem jakieś 80 osób, a to jeszcze nie wszyscy… Wielonarodowa dywizja, po firmie oprowadzał mnie Francuz, obok mnie siedzi Portugalczyk, jest Hiszpan, Litwin, Chinka, Malezyjczyk, Szwed, Amerykanin z oddziału w Stanach… Na razie kojarze tylko pare osob z imienia. Ale ekipa wesoła, przyjazna, więc dobrze się tam czuje…
Muszę tylko zmienić miejsce zamieszkania bo dojazdy od siostry mnie dobijają. 1,5h w jedną stronę, autobus + Luas + 2 przebierzki piechotą to nic miłego.
Pogoda jak na Irlandię jest niezła. Dziś nawet wyszło słońce, chociaż wiało całkiem mocno. No i zgłosiłem się do letniej ligi rugby w ramach poznawania nowej kultury…
Zimne dziady listopady przeszły nawet nie wiedzieć kiedy… Sporo się działo i jakoś nie miałem siły, czasu ani ochoty opisywać to wszystko… Były chwile radosne i chwile jesiennej deprechy… Dowiedziałem się, że znowu mogę czuć i poczułem jak to boli… Uświadamiałem sobie (po raz kolejny) proste prawdy… Łamałem swoje zasady by później tego żałować… Chyba to znaczy, że znowu żyję…
Rocky Road To Dublin
Podjąłem decyzję. A właściwie wprowadziłem w życie dawne plany. W końcu Wrocław miał być tylko przystankiem. 7 stycznia zaczynam pracę w Dublinie. Marzenie, które tkwiło we mnie od wielu lat, wreszcie zostanie wprowadzone w życie. Ale jest coś co nie pozwala cieszyć się w pełni, jakiś smutek przysłania radość tego zrealizowanego marzenia. Wrosłem we Wrocław, nie zdając sobie z tego sprawy… Mam tutaj przyjaciół, których bardzo ciężko mi zostawić. Miałem jednego z nich zabrać ze sobą, ale się rozmyślił. A zatem jadę sam. Po raz kolejny ląduje w nowym miejscu, tylko z plecakiem. Pełen optymizmu, chociaż wiem, co mnie czeka. Nie będzie łatwo, ale dam radę. Jestem pełen determinacji by wrócić (bo zamierzam wrócić) z tarczą, nie na niej.
Odwiedziłem niedawno ponownie Dublin. Jesienią wyglądał mniej ciekawie niż latem. Było jakoś smutno. Dopiero później zrozumiałem, że przejąłem trochę sposób patrzenia kumpla, z którym tam byłem. Ja ciągle czuje się tam dobrze, nie potrzebuję monumentalnych katedr i nowoczesnego budownictwa by chcieć tam mieszkać. To miasto mnie wciąga, podobnie jak cały kraj. Na razie widziałem tylko niewielką jego cząstkę, ale mam nadzieję nadrobić to w najbliższych miesiącach. Kocham irlandzką muzykę, poznaje historię Zielonej Wyspy i wiem, że będę się tam dobrze czuł. Ten wyjazd to nie tylko szansa na zrobienie kariery czy zarobienie pieniędzy – to spełnienie marzenia.
Grudzień miesiącem pożegnań
Żegnam się z Wrocławiem, a Pidżama żegna się z fanami. Po 20 latach zespół zawiesza działalność… Jeszcze tylko dwa koncerty – jutro we Wrocku i Poznań w sobotę. I koniec…
Pidżama jest od wielu lat jednym z moich ukochanych zespołów. Zbyt mało razy miałem okazje oglądać ich na żywo… Kolejny dowód na to, że nie warto niczego odkładać na później… Pamiętam Juwenalia 2001 w Toruniu i crowd surfing przy 28(One Love) – widziałem gwiazdy…
Oczywiście na jutrzejszym koncercie nie może mnie zabraknąć…